niedziela, 30 czerwca 2013

Klatki z komórki cz.34

Witam na kolejnej wycieczce z serii "Szlajamy się po klatkach schodowych i staramy się robić zdjęcia, nie wzbudzając niepokoju lokatorów, którzy na nasz widok wezwą policję, straż miejską, psychiatrę oraz dostawcę płyt Majki Jeżowskiej".

Zacznę od klasycznego budynku, który bardzo rozczarował mnie od środka. Udało mi się zrobić weń tylko jedno zdjęcie, ale w zasadzie wystarczy. Przed Państwem "Dom Bez Kantów".



Przenosimy się zatem w bardziej odległe od Śródmieścia rejony, a mianowicie w okolice Fortu Bema.



Jesteśmy nadal w północnej części miasta, gdzie zaprasza nas Słodowiec.




A teraz dryfujemy w okolice Woli. A konkretnie w jej muranowską część.






I na tym zakończymy naszą wycieczkę na daleką północ. Do następnego razu!

sobota, 29 czerwca 2013

Black Sabbath "13" Universal 2013

 


Rok 2013 przynosi mniej lub bardziej sensacyjne zjawiska w postaci pierwszych od lat wydawnictw różnych wykonawców. Na pewno jedną z oczekiwanych przez fanów rocka i metalu płyt jest „13” Black Sabbath, który to krążek powstał w niezbyt sprzyjających okolicznościach – Tony Iommi walczył (i nadal walczy) z rakiem, a oryginalny perkusista Bill Ward raz że ponoć nie był usatysfakcjonowany z proponowanej gaży, dwa że padały sugestie, iż po prostu nie da rady fizycznie po latach nadużywania, chorowania itp. Koniec końców, na bębnach załomotał znany z Rage Against The Machine Brad Wilk. Inicjały się zatem zgadzają.

Przypomnę, że ostatnim krążkiem studyjnym, firmowanym przez Sabsów, była żenująca płyta „Forbidden” (1995) z Tony Martinem na wokalu. Tym, którzy nie słyszeli, odradzam (jak ktoś się bardzo upiera, ostrzegam że już w pierwszym kawałku usłyszy rapującego Ice-T), natomiast ci, którzy słyszeli, mieli nadzieję, że Ciernaja Subota jeszcze wyda materiał godny miana ojców heavy metalu. Ukazała się wprawdzie płyta w składzie ze ś.p. Ronnie Jamesem Dio, ale pod szyldem Heaven & Hell, zawierająca kawał znakomitej muzyki, ale nie oszukujmy się, fani czekali na powrót Black Sabbath z Ozzym. No i słowo ciałem się stało.


Jaka jest „13”? Szczerze mówiąc, oczekiwałem większej przebojowości ze względu na hitową działalność Ozzy’ego, ale panowie postawili na tzw. klimat. Niestety, główną ideą krążka było skopiowanie brzmienia i patentów z pierwszych płyt kwartetu. W kilku momentach ten auto-pastisz brzmi dość nachalnie, bo riff w „Loner”, to „N.I.B.” niemal żywcem wzięte z debiutu, „Zeitgeist to trochę mniej udany brat „Planet Caravan” z „Paranoid” ze zniekształconym, pływającym głosem Oza a „Live Forever” rozpędza się trochę niczym „Children Of The Grave”. Poza tym Ozzy krzyczy „All right now”, jak to kiedyś czynił w „Sweet Leaf” a płytę wieńczą odgłosy burzy, czyli takie, jakie zaczynały debiut. Trochę za dużo składania sobie samym hołdu.


W podstawowej wersji „13” utworów jest osiem, za to trwają przeciętnie po siedem minut. Już od początku wiadomo, o co chodzi – są posępne riffy Iommiego, jest beczący Osbourne i wspaniała sekcja rytmiczna. Niestety, poza wspomnianą balladą album jest bardzo mało zróżnicowany – po jakimś czasie utwory zaczynają brzmieć tak samo. Zwolnione, walcowate tempo powoduje uczucie monotonii. Zaraz krzykną true fani, znający trzy piosenki, przecież oryginalny Black Sabbath zawsze był brudny, monotonny, wolny, i w ogóle. A figa, bo nie zawsze. Na każdej z – powiedzmy, do „Sabbath Bloody Sabbath” – płyt występowały momenty ożywcze, przebojowe, niespodzianki, jakieś brzmieniowe zaskoczenia. Tu natomiast odnosi się wrażenie słuchania jednego, godzinnego utworu. Naprawdę, trudno mi cokolwiek wyróżnić, szczególnie mając cały czas w pamięci niedawną płytę Heaven And Hell. Jeśli na „13” szałem ma być solo Osbourne’a na harmonijce… to ja przepraszam.



Black Sabbath prochu wymyślać nie muszą, ale nie wystarczy że na płycie najlepszymi momentami będą te, które kojarzą się z którymś ze starych utworów, ponieważ są do nich łudząco podobne. Tym bardziej pełen jestem szacunku dla kolegów po fachu z Deep Purple, którzy – również po długiej nieobecności w studiu – stworzyli ciekawy, różnorodny krążek. Ale o tym kiedy indziej.


W wersji deluxe (poligrafia różni się trójwymiarową okładką) pojawiają się trzy dodatkowe numery – umieszczone na dodatkowym dysku, choć wszystko zmieściłoby się na jednej płycie -  zaskakująco szybki „Methademic”, „Peace Of Mind”, będący niemal autoplagiatem ze „Sweet Leaf” (zwrotki), oraz dynamiczny „Pariah”. Nie zmieniają one kształtu płyty – byłaby tak samo ekscytująca z nimi, jak i bez nich. „13” to nie jest zła płyta – czegoś jej zdecydowanie brak i mam nadzieję, że nie tak Sabsi pożegnają się z fanami. W końcu Ozzy śpiewa: I don’t wanna live forever, but I don’t wanna die… 



Śródmiejski bajzel na koniec miesiąca











piątek, 28 czerwca 2013

Warszawa w piosence XXXII

Rozśpiewało nam się tej wiosny... ale ładnie jest, to co sobie żałować.

Behind The Mask (Fleetwood Mac)

Dancing In The Street (Martha & Vandellas)

Eagle Fly Free (Helloween)

Fake (Simply Red)

Ghost (Stevie Nicks)

Hold Me In Your Arms (Helloween)

Papa's Got A Brand New Bag (James Brown)

We Are Family (Sister Sledge)

Welcome To The Pleasuredome (Frankie Goes To Hollywood)

czwartek, 27 czerwca 2013

Sady Żoliborskie z góry

Jakoś tak tych "zgórowych" fot się nazbierało z różnych dzielnic. Wysoko podskakiwałem, no to są.

Dziś kilka ujęć - niestety, głównie pod słońce - z wysokoblokowej części Sadów Żoliborskich. Czyli Broniewskiego, Włościańska i okolice.










środa, 26 czerwca 2013

Spacerkiem po Mokotowie

Znów zajrzałem w rodzinne strony i przewędrowałem tu i ówdzie w okolicy Morskiego Oka i nie tylko. Robiąc po drodze kilka zdjęć, oczywiście, bo co sobie będę żałował. W końcu blog jest po to, by dać upust grafomanii tekstowej lub fotograficznej.












wtorek, 25 czerwca 2013

Natolin z góry

Tym razem wdrapałem się na wyższe piętro jednego z bloków nieopodal stacji metra Natolin. Ku zdziwieniu gospodarzy poprosiłem o możliwość zrobienia zdjęć i mimo konsternacji ("ale przecież tu nic nie ma do oglądania") wykonałem je, co niniejszym udowadniam.