czwartek, 31 stycznia 2013

Dobranocka z Żoliborza

Żoliborz za dnia już był, więc teraz czas na krótki spacerek ulicą Słowackiego i przyległościami w celu regeneracji ogólnej. Żoliborz fajny jest, a kto się z tym nie zgadza, ten wygląda mi na osobę, zainteresowaną podtrzymaniem takiego twierdzenia.









środa, 30 stycznia 2013

HELLOWEEN „Straight Out Of Hell” Sony 2013






Nowy album Helloween – bardzo przeze mnie oczekiwany po wyśmienitym „7 Sinners” – to znakomite rozpoczęcie roku. „Straight Out Of Hell” jest jedną z najbardziej galopujących propozycji Niemców w ostatnich latach. O ile na kilku poprzednich albumach grupa skręcała nieco w stronę zmetalizowanego hard rocka (a w każdym razie opuściła powerowe rejony), to przy sesji do najnowszej płyty perkusista zażył bardzo dużo espresso i pojechali.

Singlowe – no, na potrzeby singla przycięte, ale na longu w siedmiominutowej wersji - „Nabataea” to idealny początek. Czego tu nie ma. Intrygujący riff, hitowa melodia, tempo przy którym nawet najlepszy masterchef nie wytrzyma tłuczenia kotletów na mielone i, co słychać na całej płycie, fantastyczna forma wokalna Derisa. Tak mi się nasuwa podczas słuchania kolejnych płyt Helloween, że Andy jest bardzo mocno niedoceniany, szczególnie przez „fanów” Helloween, którzy zaparli się, że nie będą słuchać płyt z jego udziałem (są tacy). Deris zastąpił Michaela Kiske, który piał na najbardziej znanych albumach formacji i to stawia go na z góry przesądzonej pozycji. Moim skromnym zdaniem Deris jest wokalistą o wiele ciekawszym, potrafiącym wydobyć wiele barw ze swojej gardzieli, od halfordowego krzyku po bardziej samcze mruczenie, nie tracąc przy tym indywidualnej barwy. No ale, ale, my tu o płycie.

Większość spośród trzynastu (w podstawowej wersji) numerów oscyluje w okolicach czterech minut i – jak wspomniane „Nabataea” – mogłaby być wydana na singlach. Świdrującymi refrenami atakują „World Of War”, „Far From The Stars” (ach te harmonie), „Waiting For The Thunder”, “Years” czy mój ulubiony “Burning Sun”. Szczęśliwi powinni być zwolennicy grania z okresu “Keeper Of The Seven Keys”, gdyż na najnowszej płycie Helloween powrócili do zarzuconego nieco stylu, który właśnie dzięki nim rozwinął się w to, co później nazwano power metalem. Gatunek nieco tandetny i zabawny, tak jak country czy smooth jazz, ale nie pretendujący do miana Wielkiej Sztuki i w pełni rozrywkowy. I o to chodzi.


Helloween w ostatnich latach nie odżegnują się od inspiracji i składania hołdów swoim ulubionym wykonawcom. Na „7 Sinners” byli to Judas Priest i Rainbow. Tu mamy utwory dedykowane Freddiemu Mercury („I Wanna Be God”, skandowane chóralnie na tle plemiennych bębnów – dwuminutowa rewelacja) oraz zmarłemu niedawno Jonowi Lordowi (wersja „Burning Sun” z dołożoną partią organów).

Jest też ballada, na szczęście tylko jedna. Piszę „na szczęście”, bo o ile grupie udało się w ostatnich latach stworzyć kilka wolniaków naprawdę poruszających („Fallen To Pieces”, „The Smile Of The Sun”), to ta z nowej płyty… może powiem tak: gdyby znalazła się na albumie Aerosmith, nie miałbym nic przeciwko. A na płycie Helloween wprawia w pewne zakłopotanie, coś jak „Keep It Warm” Sabbathów na „Born Again”. Nie podoba mi się także przebojowy skądinąd „Asshole”, ale to ze względu na natłok wulgaryzmów w refrenie - pasuje mi to bardziej do grup typu Steel Panther. Szkoda, bo sam kawałek pod względem kompozytorskim świetny.

Pomimo że od pewnego czasu kompozycje Helloween nie są podpisywane grupowo a przez pojedynczych członków grupy, „Straight Out Of Hell” brzmi bardzo spójnie. W warstwie instrumentalnej jest pełna współpraca, masa świetnych solówek (w tym rzadkość – krótki solowy popis basisty w „World Of War”). Produkcja jak zwykle w przypadku Niemców na bardzo wysokim poziomie – wszystko doskonale słychać.

Rozszerzona wersja „Straight Out Of Hell” zawiera dwa dodatkowe utwory. No, w zasadzie półtora, bo „Burning Sun” niewiele się różni od wersji zasadniczej, poza dodaniem partii organów, która nawiązywać miała do twórczości Jona Lorda. Niestety, zabieg ten zastosowano nieśmiało i klawisze wtapiają się za bardzo w tło. Drugim bonusem jest „Another Shot Of Life” – wcale nie słabszy od reszty utworów. Grupa miała, jak widać, wenę podczas tworzenia nowego krążka, bo nawet pieśni wywalone z zestawu zasadniczego wstydu nie przynoszą (to samo dotyczy przeznaczonego wyłącznie dla Japończyków „No Eternity”, którego można oczywiście posłuchać na tubie).

Jedyne, z czym chłopaki się nie postarały, to okładka (no, to nie tyle wina zespołu, co projektanta tejże) – grafika do złudzenia przypomina tę z albumu „A Matter Of Life And Death” Iron Maiden. Czołg, podarta flaga i potworki (tam Eddie, tu Dyniogłowy), wyskakujące stąd i zowąd.Ale to taki tyci zgrzyt. A już w marcu Helloween na żywo w naszym kraju.



zimowy dizajn

Przepis na zimowy dizajn jest bardzo prosty: lejemy wodę i czekamy. Nikt nie lubi lania wody, ale w tym przypadku efekty są bardzo miłe dla oka, choć dla ciała niekoniecznie (polecam komedię "Krwawe Święta", w której można zobaczyć, do czego służą duże sople, wiszące nad drzwiami). Co by nie lać wody, przejdźmy do rzeczy i popatrzmy.







Ta świnia blogger zeżarła mi pół posta, oto brakująca reszta. Nie żeby ludzkość na tym ucierpiała, ale mnie to wk...




W ramach zmian blogger zmienił w szablonie słowo "harmonogram" na "publikacja". Po kiego?

wtorek, 29 stycznia 2013

Zimowy spacerek Żoliborzem

Dziś możem pospacerować Żoliborzem. Było zimno, ale za to słonecznie - i bez wiatru. Rejony znane i lubiane (przeze mnie przynajmniej). Zapraszam.












poniedziałek, 28 stycznia 2013

bloczyzm nouveau

Zazwyczaj w ramach bloczyzmu pokazuję bloki, powstałe za PRL. Bo o tym na ogół się myśli na hasło "blokowisko" - ale przecież blokowiska i bloki nadal powstają (bo nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie przecież upierał się, że są to kamienice) i kilka z nich dziś zarzucam.












niedziela, 27 stycznia 2013

Śródmiejska wieczorynka

Były różne oblicza wieczornej Woli, był Żoliborz, wracamy więc do niezdartego Śródmieścia i kątem plujemy. Jeszcze miesiąc i bajnajty coraz krótsze a dzień coraz dłuższym się stanie… i o to chodzi.










sobota, 26 stycznia 2013

Starówka zimową porą

Niedzielny poranek to świetna okazja, by zaliczyć spacer po Starym Mieście, bez udziału przekleństw własnych i narzekań na nadmierne tłumy. Co niniejszym uczyniłem. Znaczy się, spacerowałem, nie klnąc (tak, czasem mi się zdarza).






Przerwa na autoportret w bombce...