sobota, 29 czerwca 2013

Black Sabbath "13" Universal 2013

 


Rok 2013 przynosi mniej lub bardziej sensacyjne zjawiska w postaci pierwszych od lat wydawnictw różnych wykonawców. Na pewno jedną z oczekiwanych przez fanów rocka i metalu płyt jest „13” Black Sabbath, który to krążek powstał w niezbyt sprzyjających okolicznościach – Tony Iommi walczył (i nadal walczy) z rakiem, a oryginalny perkusista Bill Ward raz że ponoć nie był usatysfakcjonowany z proponowanej gaży, dwa że padały sugestie, iż po prostu nie da rady fizycznie po latach nadużywania, chorowania itp. Koniec końców, na bębnach załomotał znany z Rage Against The Machine Brad Wilk. Inicjały się zatem zgadzają.

Przypomnę, że ostatnim krążkiem studyjnym, firmowanym przez Sabsów, była żenująca płyta „Forbidden” (1995) z Tony Martinem na wokalu. Tym, którzy nie słyszeli, odradzam (jak ktoś się bardzo upiera, ostrzegam że już w pierwszym kawałku usłyszy rapującego Ice-T), natomiast ci, którzy słyszeli, mieli nadzieję, że Ciernaja Subota jeszcze wyda materiał godny miana ojców heavy metalu. Ukazała się wprawdzie płyta w składzie ze ś.p. Ronnie Jamesem Dio, ale pod szyldem Heaven & Hell, zawierająca kawał znakomitej muzyki, ale nie oszukujmy się, fani czekali na powrót Black Sabbath z Ozzym. No i słowo ciałem się stało.


Jaka jest „13”? Szczerze mówiąc, oczekiwałem większej przebojowości ze względu na hitową działalność Ozzy’ego, ale panowie postawili na tzw. klimat. Niestety, główną ideą krążka było skopiowanie brzmienia i patentów z pierwszych płyt kwartetu. W kilku momentach ten auto-pastisz brzmi dość nachalnie, bo riff w „Loner”, to „N.I.B.” niemal żywcem wzięte z debiutu, „Zeitgeist to trochę mniej udany brat „Planet Caravan” z „Paranoid” ze zniekształconym, pływającym głosem Oza a „Live Forever” rozpędza się trochę niczym „Children Of The Grave”. Poza tym Ozzy krzyczy „All right now”, jak to kiedyś czynił w „Sweet Leaf” a płytę wieńczą odgłosy burzy, czyli takie, jakie zaczynały debiut. Trochę za dużo składania sobie samym hołdu.


W podstawowej wersji „13” utworów jest osiem, za to trwają przeciętnie po siedem minut. Już od początku wiadomo, o co chodzi – są posępne riffy Iommiego, jest beczący Osbourne i wspaniała sekcja rytmiczna. Niestety, poza wspomnianą balladą album jest bardzo mało zróżnicowany – po jakimś czasie utwory zaczynają brzmieć tak samo. Zwolnione, walcowate tempo powoduje uczucie monotonii. Zaraz krzykną true fani, znający trzy piosenki, przecież oryginalny Black Sabbath zawsze był brudny, monotonny, wolny, i w ogóle. A figa, bo nie zawsze. Na każdej z – powiedzmy, do „Sabbath Bloody Sabbath” – płyt występowały momenty ożywcze, przebojowe, niespodzianki, jakieś brzmieniowe zaskoczenia. Tu natomiast odnosi się wrażenie słuchania jednego, godzinnego utworu. Naprawdę, trudno mi cokolwiek wyróżnić, szczególnie mając cały czas w pamięci niedawną płytę Heaven And Hell. Jeśli na „13” szałem ma być solo Osbourne’a na harmonijce… to ja przepraszam.



Black Sabbath prochu wymyślać nie muszą, ale nie wystarczy że na płycie najlepszymi momentami będą te, które kojarzą się z którymś ze starych utworów, ponieważ są do nich łudząco podobne. Tym bardziej pełen jestem szacunku dla kolegów po fachu z Deep Purple, którzy – również po długiej nieobecności w studiu – stworzyli ciekawy, różnorodny krążek. Ale o tym kiedy indziej.


W wersji deluxe (poligrafia różni się trójwymiarową okładką) pojawiają się trzy dodatkowe numery – umieszczone na dodatkowym dysku, choć wszystko zmieściłoby się na jednej płycie -  zaskakująco szybki „Methademic”, „Peace Of Mind”, będący niemal autoplagiatem ze „Sweet Leaf” (zwrotki), oraz dynamiczny „Pariah”. Nie zmieniają one kształtu płyty – byłaby tak samo ekscytująca z nimi, jak i bez nich. „13” to nie jest zła płyta – czegoś jej zdecydowanie brak i mam nadzieję, że nie tak Sabsi pożegnają się z fanami. W końcu Ozzy śpiewa: I don’t wanna live forever, but I don’t wanna die… 



3 komentarze:

  1. Tu natomiast odnosi się wrażenie słuchania jednego, godzinnego utworu - he, a słyszałeś płytę, którą ostatnio opiwewałem? ;-)

    ostatecznie autoplagiaty nie są niczym złym, jeśli bazują na najlepszych dokonaniach. chętnie se posłucham tej trzynastki, zwłaszcza, że dzieła zebrane BS znam dość wyrywkowo. więc bez uprzedzeń.
    a dobre solo na harmonijce jest... dobre.

    OdpowiedzUsuń
  2. Sabbatów znam też przeciętnie, choć oni zawsze bardziej mi do (ojców0 hard rocka pasowali niż metalu. Natomiast Ozziego niestety nie znoszę, ani wokalnie ani wizualnie, a po materiale na TVP Kultura (najważniejsze płyty rocka czy coś takiego) upewniam się w przekonaniu, że to przy okazji kawał zwykłego wała. Miał chłop szczęście, że chłopaki go przytulili i wypromowali.

    OdpowiedzUsuń
  3. Er - całej nie słyszałem, zupełnie nie podchodzi mi wokal. Nie ma, oczywiście, nic złego w spójnej płycie bądź długaśnych utworach, pod warunkiem, że jest czego słuchać. A na nowym BS mi tego czegoś zabrakło.

    IamI - Oz to prosty człowiek. Moim ukochanym wcieleniem BS był zawsze którykolwiek ze składów z RJD za mikrofonem.

    OdpowiedzUsuń