środa, 30 stycznia 2013

HELLOWEEN „Straight Out Of Hell” Sony 2013






Nowy album Helloween – bardzo przeze mnie oczekiwany po wyśmienitym „7 Sinners” – to znakomite rozpoczęcie roku. „Straight Out Of Hell” jest jedną z najbardziej galopujących propozycji Niemców w ostatnich latach. O ile na kilku poprzednich albumach grupa skręcała nieco w stronę zmetalizowanego hard rocka (a w każdym razie opuściła powerowe rejony), to przy sesji do najnowszej płyty perkusista zażył bardzo dużo espresso i pojechali.

Singlowe – no, na potrzeby singla przycięte, ale na longu w siedmiominutowej wersji - „Nabataea” to idealny początek. Czego tu nie ma. Intrygujący riff, hitowa melodia, tempo przy którym nawet najlepszy masterchef nie wytrzyma tłuczenia kotletów na mielone i, co słychać na całej płycie, fantastyczna forma wokalna Derisa. Tak mi się nasuwa podczas słuchania kolejnych płyt Helloween, że Andy jest bardzo mocno niedoceniany, szczególnie przez „fanów” Helloween, którzy zaparli się, że nie będą słuchać płyt z jego udziałem (są tacy). Deris zastąpił Michaela Kiske, który piał na najbardziej znanych albumach formacji i to stawia go na z góry przesądzonej pozycji. Moim skromnym zdaniem Deris jest wokalistą o wiele ciekawszym, potrafiącym wydobyć wiele barw ze swojej gardzieli, od halfordowego krzyku po bardziej samcze mruczenie, nie tracąc przy tym indywidualnej barwy. No ale, ale, my tu o płycie.

Większość spośród trzynastu (w podstawowej wersji) numerów oscyluje w okolicach czterech minut i – jak wspomniane „Nabataea” – mogłaby być wydana na singlach. Świdrującymi refrenami atakują „World Of War”, „Far From The Stars” (ach te harmonie), „Waiting For The Thunder”, “Years” czy mój ulubiony “Burning Sun”. Szczęśliwi powinni być zwolennicy grania z okresu “Keeper Of The Seven Keys”, gdyż na najnowszej płycie Helloween powrócili do zarzuconego nieco stylu, który właśnie dzięki nim rozwinął się w to, co później nazwano power metalem. Gatunek nieco tandetny i zabawny, tak jak country czy smooth jazz, ale nie pretendujący do miana Wielkiej Sztuki i w pełni rozrywkowy. I o to chodzi.


Helloween w ostatnich latach nie odżegnują się od inspiracji i składania hołdów swoim ulubionym wykonawcom. Na „7 Sinners” byli to Judas Priest i Rainbow. Tu mamy utwory dedykowane Freddiemu Mercury („I Wanna Be God”, skandowane chóralnie na tle plemiennych bębnów – dwuminutowa rewelacja) oraz zmarłemu niedawno Jonowi Lordowi (wersja „Burning Sun” z dołożoną partią organów).

Jest też ballada, na szczęście tylko jedna. Piszę „na szczęście”, bo o ile grupie udało się w ostatnich latach stworzyć kilka wolniaków naprawdę poruszających („Fallen To Pieces”, „The Smile Of The Sun”), to ta z nowej płyty… może powiem tak: gdyby znalazła się na albumie Aerosmith, nie miałbym nic przeciwko. A na płycie Helloween wprawia w pewne zakłopotanie, coś jak „Keep It Warm” Sabbathów na „Born Again”. Nie podoba mi się także przebojowy skądinąd „Asshole”, ale to ze względu na natłok wulgaryzmów w refrenie - pasuje mi to bardziej do grup typu Steel Panther. Szkoda, bo sam kawałek pod względem kompozytorskim świetny.

Pomimo że od pewnego czasu kompozycje Helloween nie są podpisywane grupowo a przez pojedynczych członków grupy, „Straight Out Of Hell” brzmi bardzo spójnie. W warstwie instrumentalnej jest pełna współpraca, masa świetnych solówek (w tym rzadkość – krótki solowy popis basisty w „World Of War”). Produkcja jak zwykle w przypadku Niemców na bardzo wysokim poziomie – wszystko doskonale słychać.

Rozszerzona wersja „Straight Out Of Hell” zawiera dwa dodatkowe utwory. No, w zasadzie półtora, bo „Burning Sun” niewiele się różni od wersji zasadniczej, poza dodaniem partii organów, która nawiązywać miała do twórczości Jona Lorda. Niestety, zabieg ten zastosowano nieśmiało i klawisze wtapiają się za bardzo w tło. Drugim bonusem jest „Another Shot Of Life” – wcale nie słabszy od reszty utworów. Grupa miała, jak widać, wenę podczas tworzenia nowego krążka, bo nawet pieśni wywalone z zestawu zasadniczego wstydu nie przynoszą (to samo dotyczy przeznaczonego wyłącznie dla Japończyków „No Eternity”, którego można oczywiście posłuchać na tubie).

Jedyne, z czym chłopaki się nie postarały, to okładka (no, to nie tyle wina zespołu, co projektanta tejże) – grafika do złudzenia przypomina tę z albumu „A Matter Of Life And Death” Iron Maiden. Czołg, podarta flaga i potworki (tam Eddie, tu Dyniogłowy), wyskakujące stąd i zowąd.Ale to taki tyci zgrzyt. A już w marcu Helloween na żywo w naszym kraju.



5 komentarzy:

  1. Helloween dla mnie jest już tylko cieniem zespołu który usłyszałem mając 15 lat. Było to "Walls Of Jericho" które po dziś dzień jest moim heavy metalowym albumem nr. 2 :) Na nowy album wcale nie czekałem bo z "7 Sinners" podobały mi się 3 kawałki ale pozytywnie się rozczarowałem bo "Straight Out Of Hell" słucha się bardzo przyjemnie. Gdyby jeszcze tylko nie ta koszmarna okładka...

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja tam wole "7 Sinners" od "Walls", ale o gustach się nie teges. Natomiast nie da rady na pewne rzeczy - pokaż mi zespół z gatunku hard'n'heavy, który po trzydziestu latach działalności jest nowatorski. Bajmu nie liczę.

    OdpowiedzUsuń
  3. Też nie mogę powiedzieć, że czekałem na nowy album - ba, nie wiedziałem, że Halloween jeszcze dycha. Ale na koncert się piszę, bo w młodości lubiłem tych gości i ciekawe, jak teraz grają (i wyglądają).

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie wiedziałem, że tyle będę rozumiał po niemiecku...

    OdpowiedzUsuń
  5. Z tymi wokalistami to chyba tak zawsze, z Anthraxem było podobnie - niektórzy kochali (lub nadal kochają) tylko Belladonnę i nie akceptują płyt powstałych z Bushem na wokalu.
    Kwestia przywiązania, sentymentów.

    Moja wiedza na temat Helloween zatrzymała się na właśnie na płytach z Kiske, więc nie wiem co i jak z późniejszym wokalistą.
    Nadal zresztą wracam do pierwszej części 'Keepera' i uważam, że to wspaniała płyta. Co jakiś czas chcę sobie odświeżyć pierwszą EP-kę i debiutancki album 'Walls Of Jericho', ale ciągle coś mnie od tego odciąga. Może w końcu się uda.

    OdpowiedzUsuń