wtorek, 31 stycznia 2012

Grodzisko w Sopocie

A oto obiecany parę dni temu staroć, który jest nowością. Bo w ogóle to tak. W tym miejscu kiedyś tam, dawno, wieku temu, było grodzisko. Potem je zasypano, zapomniano o nim i dopiero w XX wieku zostały odkryte jego resztki. Na przełomie XX i XXI wieku zrekonstruowano – mniej więcej – osadę na wzgórzu w Sopocie a gdy byłem tam półtora roku temu, bardzo sympatyczna pani – dyrektor całego tego miejsca (które jest oddziałem Muzeum Archeologicznego w Gdańsku) – zapowiedziała, że wkrótce rozpocznie się u stóp wzgórza budowa pawilonu muzealnego, którego zadaniem będzie przybliżenie archeologii terenów trójmiejskich (i nie tylko) turystom a także lokalnej młodzieży szkolnej, co by wiedziała, skąd się wywodzi.

No i pawilon ów już stoi i – co więcej – działa. Mieszczą się w nim dwie wystawy, jedna stała (funeralne tradycje nowożytnego Gdańska) i jedna czasowa; być może z czasem będzie ich więcej. Za pawilonem stworzono zbiornik wodny, który zapewne lepiej – jak i całą okolica - prezentuje się w słońcu i w porze zielonej, ale i tak jest w porządku, mimo absolutnego braku związku z architekturą sopocką. Po wystawie oprowadzała mnie bardzo miła i kompetentna pani, od której dowiedziałem się wielu rzeczy na temat monet (czasowa wystawa im właśnie była poświęcona). A potem wlazłem do grodziska, które wprawdzie już widziałem, ale skoro kupiłem bilet, to się należy. A tak na poważnie, polecam to miejsce tym, którzy chcą nieco uciec od krupówkopodobnego Monciaka i zaliczyć „Sopot nieznany”. Grodzisko to pięć minut spacerkiem od hotelu „Grand”, czyli bliziutko centrum miasta.





Rzeczy, wydobyte z grobów Urocza ekspozycja, czyż nie?







poniedziałek, 30 stycznia 2012

Sopockie o-z-dupki

Jako że Sopot detalem stoi, pozwolę sobie rzucić na żer jeszcze kilka szczególików, które zachwycają mnie za każdym razem, gdy jestem w tym mieście. Co by być bardziej precyzyjnym- szczególiki zachwycają mnie ogólnie, ale ponieważ w Sopocie wiele kamienic miało to szczęście, że nie tylko nie zostały zburzone, ale jeszcze je wyremontowano (a łyżka na to…), trudno nie wlepiać gał w detale okołosecesyjne, pieczołowicie odrestaurowane, doklejone i uzupełnione. Czyż nie?


Aha, te różne ptaszki to też takie sopockie detale, żeby nie było.










niedziela, 29 stycznia 2012

Zoppot in der Nacht 2

Dziś kontynuacja spacerów wieczornych po Sopocie. Jak już wspominałem, na zdjęciach wszystko wygląda w miarę cacy, ale niestety faktycznie tylko pierwszego wieczora udało mi się wyjść na molo i nie zostać przewianym wszerz i wzdłuż. W pozostałe dni grasował deszczyk/śnieżek/niewiadomoco – niewielkie, ale upierdliwe.








sobota, 28 stycznia 2012

DOOGIE WHITE „As Yet Untitled”, Metal Mind Productions 2011




Istnieje taki rodzaj kultury i sztuki, który został stworzony po to, żeby się kojarzyć. Nie chodzi nawet o stworzenie nowej jakości, tylko o celowe odniesienie się do tego, co kiedyś było a se ne vrati. Przykładem takiej właśnie działalności jest solowa płyta Doogie White’a, „As Yet Untitled”.


Z czego znany jest White? Wielbicielom hard rocka głównie z tego, że w 1995 stanął za mikrofonem w ostatniej odsłonie grupy Ritchiego Blackmore’a - Rainbow. Skład ten nagrał zaledwie jedną płytę, niedocenioną niestety „Stranger In Us All”, po czym lider oszalał i uciekł w rajtuzach do lasu a Doogie White starał się jakoś utrzymać, śpiewając np. u Yngwie Malmsteeena no i bazując na tym, że kiedyś był częścią purpurowo-tęczowej rodziny.


Udzieliwszy się w miliardzie projektów i zespołów, White zdecydował się na wydanie pierwszego solowego albumu, na którym zaserwował oczywiście klasyczny hard rock, ale to nie jedyny łącznik z przeszłością. Spójrzmy na skład… Tony Carey (grał w Rainbow w najsłynniejszym okresie, za czasów Dio), Neil Murray (basista m.in. Whitesnake, Black Sabbath, Ozzy’ego, Briana Maya, MSG, Petera Greena, Bajmu… nie, tego ostatniego jeszcze nie), Greg Smith (basista ostatnich wcieleń Rainbow). Mamy także znanych muzyków innej generacji – są Derek Sherinian (klawisze, Dream Theater) czy Pontus Norgren (gitary w Hammerfall – on również produkował krążek White’a). To raz. Dwa – tytuły piosenek bądź ich fragmenty odnoszą się bezpośrednio do przeszłości nie tyle samego Doogie White’a, co jego słynnych kolegów po fachu („Come Taste The Band” – tytuł openera jest taki sam, jak tytuł ostatniej płyty Deep Purple w latach 70, „Time Machine” to także tytuł kawałka Black Sabbath z czasów Dio itp.).


Najsilniejsze skojarzenia tkwią, naturalnie, w samej muzyce. Już klawiszowe intro do „Come Taste The Band” przywodzi na myśl tęczowy „Tarot Woman”, otwierający płytę „Rising” a dodatkowym smaczkiem jest fakt, że wykonuje owo intro ten sam człowiek, co na płycie Rainbow przed laty. Reszta utworu brzmi natomiast jak nieznane nagranie Whitesnake. Co dalej? Riff „Dreams Lie Down And Die” to czytelne odniesienie do „Sixteenth Century Greensleeves” i „Man On The Silver Mountain” Rainbow. Twórczość White’a zahacza także o acepiorundece w utworach „Time Machine” i “Catz Got Yer Tongue”, w którym wokalista – moim zdaniem, niepotrzebnie – śpiewa „pod” Scotta. „Living On The Cheap” brzmi jak odrzut z płyty Rainbow z Grahamem Bonnetem a finałowe „Times Like These” również nie ucieka od tęczowych konotacji, tym razem z okresu turnerowskiego.


Czy mimo mnogości zapożyczeń i skojarzeń płytę Doogie White’a fani hard rocka mogą uznać za dobrą? Paradoksalnie – tak, ponieważ jej atutem jest to, że brzmi staro i znajomo. Skoro część zespołów z epoki nie istnieje bądź nagrywa rzadko, pozostało rzeźbienie w tzw. spuściźnie. O ile same kompozycje są przyzwoite –a tu w większości nie ma się czego wstydzić – to czemu nie? Jest to wprawdzie twórczość obliczona na żerowanie na nostalgii bardziej niż na znalezieniu się w panteonie, ale skoro innego wyjścia nie ma, może należy docenić fakt, że w ogóle komuś chciało się skrzyknąć muzyków, wykrzesać z nich energię i stworzyć kilka przyzwoitych rockersów. Bo kawałki same w sobie są – z punktu widzenia fana hard rocka – bardzo przyjemne. Bujające, z riffami i solówkami gitarowo-klawiszowymi, z organami Hammonda, z melodyjnymi refrenami… czego chcieć więcej?


Moje ulubione pieśni to „Come Taste The Band” (ach, ta energia), „Dreams Lie Down And Die” (świetna melodia, noga sama chodzi z przytupem podczas słuchania), „Land Of The Deceiver” (refren) i „Times Like These” (całokształt).


Piosenek jest tylko dziesięć i widać (a raczej słychać), że White starał się wyeliminować wszelkie słabe momenty i dłużyzny. Jeśli o nie chodzi, wskazałbym na jedyną w zestawie balladę „Sea Of Emotion”, trochę nudnawą, i „Secret Jesus”, któremu brakuje wyraźnego rozwinięcia w postaci sensownego refrenu.


Poza tym, wiadomo – kto hard rock lubi, ten z przyjemnością posłucha. Kto nie lubi – i ta płyta go nie przekona, może więc sobie darować. Jednak fani brzmienia spod znaku DP, Whitesnake, Rainbow itp. spokojnie mogą ten krążek odpalić w odtwarzaczu i nie będą zawiedzeni.


Wielu byłych muzyków Rainbow i Deep Purple doskonale zdaje sobie sprawę z zapotrzebowania na koncertowy repertuar, szczególnie z lat 1974 i późniejszych (obecny skład Deep Purple wykonuje jedynie utwory, powstałe za kadencji Iana Gillana a Rainbow nie istnieje). Nie ukrywam również, iż prawdopodobnie – w wypadku części z nich – to właśnie te kawałki są magnesem, przyciągającym publikę na koncerty. Nie jest to, rzecz jasna, to samo co oryginał, ale dla młodszych fanów prawdopodobnie jedyna szansa usłyszeć te piosenki na żywo w wykonaniach zbliżonych do oryginalnych. A płyty takie jak ta są zapewne pretekstem do ogrywania klasycznego materiału na żywo. Dopóki jednak trzyma to wszystko jakiś tam poziom, nie mam absolutnie nic przeciwko, a nawet jestem za.


Teledysku niet, ale wytwórnia do promocji przeznaczyła ten kawałek, umieszczając go na swojej stronie z możliwością zalinkowania na blogach, co niniejszym czynię:

Doogie White - Time Machine

Zoppot by night 1

Sopot bajnajtowy jest równie miły co niebajnajtowy, choć przyznam, iż w tym roku dość uciążliwy był lecący z nieba deszczośnieg, mocno utrudniający podziwianie, spacerowanie, fotografowanie i powstrzymywanie się od przeżerania (skoro pogoda barowa, częściej chadza się do baru). Przy okazji daję namiar na fajną knajpę na Monciaku „Smakosz” – porcja za 26 zł (ogromny kawał dorsza, gotowane kartofle, gotowane warzywa i do tego jeszcze zestaw 3 surówek, wszystko w ilościach niemal hurtowych) nakarmiła mnie na 2 dni na zapas. Polecam. Koniec reklamy.










piątek, 27 stycznia 2012

Sopot 2

Sopot jest urokliwy o każdej porze roku, acz nie ukrywam, że poza tzw. sezonem poruszam się po nim znacznie spokojniej, bo – mimo niezbyt przyjaznej temperatury – nie kręci się po nim miliard turystów. Naturalnie, życzę Sopotowi turystów, bo z tychże żyje, niemniej nie mam zamiaru ukrywać, iż miejsca mniej zatłoczone są przeze mnie preferowane od tych, które są zatłoczone bardziej.









Pogoda, jak widać, była średnio zdjęciowa, ale co począć. Wdychać jod, pić solankę (to zdjęcie zrobiłem z pijalni właśnie) i cieszyć się.

czwartek, 26 stycznia 2012

Sopot 1

I stało się. Znaczy, po raz kolejny odwiedziłem ukochane nasze Trójmiasto z przyległościami, w związku z powyższym przygotowane posty warszawskie chwilkę sobie poczekają, gdyż teraz od komputera zaciągnie jodem, rybą (świeżą) i takimi tam. Na początek Sopot – miasto festiwalu Interwizji, które co roku odkrywa przede mną nowe oblicza. Choć i te stare lubię podziwiać. Najpierw będą te stare a za kilka dni nowe, choć też stare. Może to brzmi niedorzecznie, ale tak właśnie będzie. Stare, ale nowe i vice versa.

Na razie jednak secik pt „domki sopockie”. Co będzie zapewne dla wielu oglądających zaskoczeniem, przedstawia on domki sopockie.


Kliknięcie w panoramkę (i inne obrazki) spowoduje powiększenie.








środa, 25 stycznia 2012

Blok przy Matejki/al. Ujazdowskich













Fajny jest a dodatkowo na dole powstała jedna ze scen "W labiryncie". Jak tu go nie lubić?