piątek, 17 lutego 2012

TSA, Chemia, Stodoła 16 lutego 2012







Zespół Chemia „to nie żaden support a gość specjalny TSA”. Taką informację już na początku koncertu obwieścił zgromadzonej w Stodole publiczności… sam Marek Piekarczyk, który zapowiedział poprzedzającą gwiazdę formację. Chemia, dowodzona przez prezesa PKP Cargo Wojciecha Balczuna (nie ma to jak połączyć posadę z pasją; tylko pozazdrościć, poważnie), nagrała niedawno drugi album z nowym wokalistą, Łukaszem Drapałą. Nagrała też na nowo pierwszą płytę, zarejestrowaną oryginalnie z Marcinem Koczotem (znanym głównie z występów w chórkach u Patrycji Markowskiej) i wydała całość na zasadzie „2 w 1”. To, co słyszałem do tej pory w sieci, nie powaliło mnie specjalnie i mimo iż na koncercie grupa zabrzmiała o wiele lepiej, nadal mam mieszane uczucia. Zespół w klasycznym składzie rockowym (wokal, dwie gitary, bas, perkusja i mało słyszalne klawisze) tworzą z pewnością muzycy ze świetnym warsztatem. Jako że grupa miała bardzo dobre nagłośnienie, można było docenić kunszt poszczególnych instrumentalistów oraz możliwości Drapały, który potrafi wydrzeć się, jak na rasowego rockmana przystało. Z drugiej strony nie do końca przekonał mnie sam repertuar – trzy utwory z 45-minutowego zestawu to świetne kawałki z riffami, przebojowymi refrenami i solówkami, natomiast cała reszta przypominała mi coś w stylu tribute bandu dla Soundgarden i innych tego typu tworów: na początek leci fajny, sabbathowy riff a potem nagle wszystko się rozjeżdża, rozpływa i tworzy niezbyt dla mnie strawną zawiesinę dźwiękową, której słuchać na dłuższą metę po prostu nie mogę. Być może grupa jeszcze poszukuje swojego stylu – na razie nie mam zdania, ale może zapoznam się w całości z dokonaniami studyjnymi Chemii i trochę mi się rozjaśni. Ale teraz przejdę do występu tych, dla których tam się znalazłem.

Tajne Stowarzyszenie Abstynentów od ponad trzech dekad serwuje niezmienną dawkę metalu, hard rocka i cięższego bluesa. Od mniej więcej dziesięciu lat, po licznych zawirowaniach personalnych, TSA występuje w klasycznym składzie (Piekarczyk, Nowak, Machel, Niekrasz, Kapłon). W ciągu ostatniej dekady zespół nagrał tylko jedną płytę, „Proceder” z 2004 r. (a w swej trzydziestoletniej karierze dorobił się zaledwie pięciu krążków studyjnych z premierowym materiałem). Niestety, TSA od paru lat podążają śladami starszych kolegów z Deep Purple. Znaczy się, nie mają zamiaru nagrywać nowego albumu a na licznych koncertach ogrywają stare, sprawdzone numery. Koncerty dają wyśmienite, więc ludzie bawią się doskonale, ale szkoda, gdyż większość fanów – tak się domyślam z licznych komentarzy w Internecie, życzliwych zespołowi – pragnie, by TSA nagrali coś nowego, będąc jeszcze w dobrej formie. Być może brak materiału lub wiary w to, co powstało, powstrzymuje muzyków przed opublikowaniem nowych nagrań. Czasem chyba to i lepiej, ale szczególnie po świetnym „Procederze” trudno uwierzyć, że Machela, Nowaka i Piekarczyka (bo to oni są dostarczycielami repertuaru na ostatni album) nie stać na wykrzesanie paru ognistych kawałków. No cóż – pożyjemy, zobaczymy.




Koncert w Stodole nie odbiegał wiele od trzech występów TSA, które widziałem wcześniej. Różniła się nieznacznie tracklista, bo zespół ma w repertuarze tyle genialnych numerów, że możliwości manipulacji zestawem utworów są naprawdę duże. Były oczywiście „Chodzą ludzie”, „Zwierzenia kontestatora”, „Na co cię stać”, „Kocica”, „Mass Media Of A Lonely Heart”, „51”, „Wpadka”, „Heavy metal świat” i jedno z najbardziej powalających wykonań „Aliena” jakie udało mi się słyszeć, w którym niebanalną rolę odegrała publiczność. Uradowało mnie aż pięć kompozycji z longplaya „Proceder””: „Tratwa”, List XX”, „Matnia”, „To nie takie proste” i kawałek tytułowy. Niestety, z koncertowej rozpiski wyleciała już jakiś czas temu moja ulubiona pieśń, rozpoczynająca ów album, „Spóźnione pytania” z wrzaskiem Piekarczyka, ale grupa raczej by jej nie wykonała z powodu, o którym poniżej.

Tego wieczora średnio, moim zdaniem, dysponowany był wokalnie Marek Piekarczyk. W kilku pierwszych utworach miał problemy z intonacją a refren utworu „Proceder” po prostu, co tu dużo kryć, zaśpiewał zupełnie inaczej, żeby uniknąć wysokich dźwięków. Dopiero gdzieś w połowie koncertu wokalista „rozśpiewał się” i już do końca trzymał wysoką formę. Mam nadzieję, iż to jedynie chwilowa awaria, bo Marek Piekarczyk –czy się go lubi, czy nie – jest jednym z bardziej charakterystycznych głosów na polskiej scenie rockowej. Tym bardziej szkoda, że rozdrabnia się w tysiącu gościnnych udziałów na płytach innych wykonawców, zamiast przysiąść i nagrać coś z macierzystym bandem. Trzy lata temu ukazała się jego znakomita solowa płyta „Źródło”, prezentująca mniej znane nagrania polskich zespołów z lat sześćdziesiątych w opracowaniach Piekarczyka, zagrane oczywiście na rockowo.

Nie zawiedli natomiast pozostali muzycy a Andrzej Nowak kilkakrotnie zebrał zasłużone brawa za ogniste solówki, choćby w „51”. Piekarczyk prowadził swoją nieco rubaszną konferansjerkę i uspokajał jednocześnie zbyt intensywnie szalejącą widownię w pierwszych rzędach. Wyraził także podziękowania dla publiczności, która wypełniła Stodołę niemal w całości. „Przyszliście na TSA bez nowej płyty, ale za to jest TSA z brzuchem” - powiedział wokalista i zademonstrował (na szczęście bez doprowadzania do dezabilu) dość pokaźny bęben, który urósł mu w ostatnim czasie. Z tą frekwencją i podziękowaniami Marek Piekarczyk wcale nie przesadzał – sam zastanawiałem się, ile osób zawita do Stodoły, szczególnie że niedawno TSA występowali w klubie Park i można pomyśleć, że rynek został na czas jakiś zaspokojony, ale – jak widać – zapotrzebowanie na tego typu koncerty nadal jest wielkie. Szkoda że bez nowej płyty, ale za to… z brzuchem.

12 komentarzy:

  1. Wiem, że TSA to legenda polskiego ciężkiego grania ale nigdy żadnej chemii między nimi a mną nie było... Jedynie trzy, cztery kawałki lubiłem a reszta jakoś do mnie nie trafiała... No, koncertowy debiut byłem w stanie strawić ale to i tak z dużymi problemami szło :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jestem pozytywnie zaskoczony Chemią, TSA wiadomo!!! Giganci! Chemia totalnie mnie rozwaliła. A przytyk do posady....chyba nie ma to znaczenia czy muzyk na scenie jest na etacie prezesa czy normalnego pracownika.

    Pozdrawiam
    Steff

    OdpowiedzUsuń
  3. @Sebik - rozumiem, nie ten teges.

    @Steff - to nie żaden przytyk, przecież napisałem że zupełnie poważnie doceniam możliwość połączenia obu takich stanowisk. Zresztą w sieci można poczytać sporą ilość wywiadów artykułów o prezesie, który ma czas i energię na zawód i na zupełnie inną pasję.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ah, TSA - szkolne lata - ostatnio ze swoich archiwów nawet jakąś książeczkę z lat 80. o nich wydłubałem. Fakt, że niczego nowego nie słyszałem, (Proceder included), a solowy Piekarczyk zupełnie mnie nie przekonał, to sentyment jest. Jednak nie taki, żebym się nie obawiał konfrontować go z rzeczywistością koncertową. Dla mnie zamknięty dawno rozdział, ale fajnie że chłopaki (pardą - dziadki) nadal łoją i ludziska przychodzą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pamiętam, była o nich książeczka z czarno-białymi zdjęciami i dosyć obszernym tekstem. Kupiłem ją w latach 80 w księgarni Młodzieżowej Agencji Wydawniczej gdy jeszcze mieściła się przy Wilczej :-) Wprawdzie samej książki nigdy nie przeczytałem, ale bardzo mi się zdjęcia podobały, jak chłopaki przyjmowali przeróżne pozy na scenie.

      Usuń
  5. A ja jeszcze pamiętam chyba dwudziestosekundową scenkę z "Przybyszów z Matplanety" jak Pi i Sigma trafiają na koncert TSA :)

    OdpowiedzUsuń
  6. To ta książeczka była -

    http://allegro.pl/tsa-idole-maw-i2150526203.html

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak jest. A w środku naprawdę niezłe teksty, m.in. o tym, w jakich warunkach chłopaki musieli podróżować, dając często po dwa koncerty dziennie. I jakie listy dostawali od zawistnych. A pozy na zdjęciach faktycznie kozackie - obowiązkowo na szeroko rozstawionych nogach z nisko wiszącą gitarą.

      Usuń
    2. Właśnie zaczynam żałować, że nie przeczytałem, bo te stare anegdoty teraz zyskują na urodzie. Obecnie wiele grup mówi jaki to było sajgon z ilością koncertów w tamtych czasach.

      Dobry opis - szeroko rozstawione nogi :D I jeśli dobrze pamiętam Machel i Nowak nosili krótkie spodnie.

      Usuń
  7. Pamiętam ten cykl, wyszło z tego kilka innych rzeczy, ale zeszytu o TSA nie miałem w ręku.

    Machel i Nowak nosili krótkie spodenki a wszystko to można obejrzeć na jedynym DVD TSA "Live 1982", zawierającym występy z epoki, tj. koncert z teatru STU i - w ramach bonusów -kilka fragmentów innych koncertów oraz klipy do LP "Spunk". Polecam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może nie tyle krótkie, co ucięte przed kolanami dżinsy - bermudy. Tak jak 10 lat później grunge.

      Usuń
  8. A jeszcze co do tego co napisał Sebik. W dokumentalnym 'Behind The Iron Curtain', o wizycie Iron Maiden w Polsce (i okolicach) w 1984 roku, można usłyszeć 'Zwierzenia kontestatora' przy którym ludziska pląsają w klubie Riviera Remont w chwili gdy chłopaki z Maiden odwiedzają to miejsce :)

    OdpowiedzUsuń