niedziela, 19 lutego 2012

HOLLOW HAZE „End Of A Dark Era” Crash And Burn Records, 2010






Hollow Haze to włoski zespół metalowy, który miałem okazję poznać przy okazji warszawskiego występu Saxon, przed którymi Hollow Haze pełnili rolę tak zwanego supportu. Jako że rozgrzewacz zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie, zaopatrzyłem się - jeszcze podczas koncertu - w jego dwie płyty. Pierwsza z nich, „End Of A Dark Era”, ukazała się dwa lata temu. Ale nie jest to debiut grupy; Hollow Haze wydali wcześniej jeszcze dwa albumy, z tym że w zupełnie innym składzie osobowym (ostał się jeno gitarzysta, Nick Savio, który jest mózgiem zespołu).


Zapewne większość fanów gatunku na informację „włoski metal” zakrywa uszy z przerażenia przed kolejnym Rhapsody Of Fire – na szczęście jednak Hollow Haze nie przypominają w niczym zniewieściałych rodaków, a ich twórczość jest zdecydowanie mniej pretensjonalna niż ROF. Gatunek uprawiany przez Hollow Haze można by zdefiniować jako „melodyjny heavy metal ze skłonnościami do power metalu”… o ile w ogóle takie szufladki mają sens. Utwory są dynamiczne, łojące, z wrzeszczącym wysoko (ale nie kastracko) wokalistą i efekciarskimi solówkami. Jeśli ta muzyka ma się z czymś kojarzyć, to najbardziej z twórczością Yngwie Malmsteena (minus onanizm gitarowy), Judas Priest, Masterplan, Kamelot i może troszkę Helloween. Ci, którzy lubią wyżej wspomniane zespoły, mogą rzucić okiem – a raczej uchem – na twórczość Hollow Haze.


Pieśni trwają średnio po 4-5 minut, więc o jakiejś szczególnej „progresywności” i długaśnych partiach instrumentów nie ma mowy; większość kompozycji mieści się w średniej metalowej: klasyczne riffy, melodyjne refreny, klawisze, robiące złowrogie „buuu” w tle i takie tam. Gitarzysta odwala niezłą robotę, bo uzyskuje coś w stylu tradycyjnego brzmienia hard’n’heavy, ale przełożonego na współczesne czasy – niby riffy, akordy i solówki mieszczą się w dobrze wszystkim znanej od kilkudziesięciu lat konwencji, ale słychać, że to muzyka powstała dziś, i brzmi to świeżo. Zresztą na żywo – jak większość tego typu kapel – Hollow Haze wypadają jeszcze bardziej przekonująco.


Przebojowy potencjał mają „Open Your Eyes” z wyrazistym refrenem, „Coming From Hell” z bajeranckimi klawiszami i krzykiem wokalisty, który poza tym śpiewa tu całkiem normalnie, hitowe „Running” z harmoniami wokalnymi w refrenie, oraz mój ulubiony, hymnowo-marszowy „Born To Be Alive”.


Słabsze, moim zdaniem, kawałki to „Dark Night” i „Pain”, skomponowane chyba trochę na siłę. Gdyby pozbyć się któregoś z nich (albo obu), strata byłaby niewielka, ponieważ niewiele ciekawego się w nich dzieje.


Krążek zawiera jedną przeróbkę, którą grupa odegrała także na warszawskim koncercie: „Gates Of Babylon” Rainbow. Utwór z chyba najmniej udanej płyty Rainbow z Dio i wcale nie taki oczywisty wybór. Hollow Haze nie zaproponowali, niestety, niczego odkrywczego w związku z tą kompozycją, wykonując ją po prostu ciężej i bardziej nowocześnie. Ale nie spieprzyli, a to już coś. Poza tym kower ów nieźle współgra z resztą materiału a przy okazji daje kolejną wytyczną odnośnie inspiracji (na następnym albumie panowie zabrali się za „Headless Cross” Black Sabbath).


Produkcja płyty jest w miarę dobra, jak na mało znany zespół, nagrywający dla równie małej wytwórni płytowej. Minusem dla słuchaczy może być nadużywanie przez wokalistę wysokich rejestrów – facet chce się popisać skalą, którą faktycznie ma imponującą, ale na dłuższą metę jego wrzaski są odrobinę męczące.


Książeczka do albumu została wydrukowana w formie plakatu i poza opisem zespołu i podziękowaniami nie zawiera tekstów utworów, za to trochę obrazków dla miłośników programów do obróbki grafik różnych. Są to komputerowo wykreowane rysunki, które prawdopodobniej podniecają najbardziej ich twórców, ponieważ podobnych arcydzieł w kosmosie są miliardy. Na szczęście to nie okładka jest tu najważniejsza.

W 2012 ukazała się czwarta płyta Hollow Haze, ale o niej kiedy indziej.


1 komentarz:

  1. Jak dla mnie to taki trochę jakby cover band - już to wszystko gdzieś słyszałem, i w lepszej wersji. Nawet całkiem przyjemne, ale jakoś strasznie wtórne. Jednym uchem wleciało, drugim niestety wyleciało. No i wysokie rejestry to nie jest to co misie lubią najbardziej.

    OdpowiedzUsuń