wtorek, 28 lutego 2012

DEEP PURPLE „Live With Orchestra – Live At Montreux 2011”, Eagle Vision 2011


Deep Purple? Znowu? Z orkiestrą? Znowu? Ano znowu. Ale inaczej niż do tej pory.


Fioletowi Brytyjczycy zasłynęli ponad cztery dekady temu, publikując album „Concerto For Group And Orchestra”, będący nie do końca udanym artystycznie, ale przełomowym połączeniem brzmień grupy rockowej i orkiestry symfonicznej. W każdym razie w późniejszych latach wielu artystów rockowych, nagrywających z orkiestrą, odwoływało się do tego krążka Purpli. Niedawno nawet grupa Opeth wydała DVD z okładką stylizowaną na purplowe „Concerto…”. Podczas swej pierwszej styczności z symfonikami Deep Purple zaproponowali premierowe, trzyczęściowe dzieło autorstwa Jona Lorda. Z okazji trzydziestolecia tego wydarzenia grupa nagrała „Concerto” ponownie (LP „Live At The Royal Albert Hall” z 1999), ale do tej pory nie uczyniła tego, co zdążyły zrobić już różne formacje, od Metalliki po Jethro Tull – nie przedstawiła swych najważniejszych utworów w opracowaniach na zespół rockowy i orkiestrę. I stało się.


Miałem mieszane uczucia, gdy dowiedziałem się o publikacji „Live With Orchestra”, bo jest to już jakaś 2403789 koncertowa pozycja w katalogu Purpli, podczas gdy zespół od sześciu lat nie może nagrać premierowej płyty studyjnej. To po pierwsze. Po drugie, pomysł wydania takiego krążka nieco traci na świeżości, biorąc pod uwagę, że już chyba tylko Slayer, Gang Marcela i Doda nie nagrali płyty z orkiestrą (acz Doda zapowiada orkiestrowe opracowania hitów własnych i Virgin, więc wszystko przed nami). Po trzecie, nie oszukujmy się – to nie jest najlepszy skład Deep Purple. Wprawdzie są w nim nadal Ian Paice, Roger Glover i Ian Gillan, ale grupa sporo – moim zdaniem - straciła, zatrudniając w miejsce Ryszarda w Czerni amerykańskiego grajka (Steve Morse), mocno ingerującego w charakterystyczne brzmienie zespołu. Don Airey na miejscu Jona Lorda… cóż, choć stara się jak może, słychać, że to zdolny rzemieślnik, ale tzw. „iskry bożej” niet. O ile Don był świetnym wypełniaczem przestrzeni w Whitesnake, Rainbow czy w grupie Osbourne’a, to jako pełnoprawny frontman po prostu ginie. Z takimi obawami sięgnąłem, mimo wszystko, po nową płytę live Purpli, i odetchnąłem, bo na szczęście nie tylko nie jest porażką, ale okazała się całkiem przyjemna. Przyjemność ta nie zastąpi wprawdzie radości z pojawienia się nowego albumu, ostatnio zapowiadanego na 2013 rok, ale zawsze…


A co z samą muzyką? Może zacznę od końca, czyli od umieszczonych na płycie dodatków w postaci wywiadów z muzykami. Podczas prawie godzinnego materiału panowie deklarują, iż nie mieli zamiaru robić cudów-niewidów a jedynie chcieli uzupełnić standardowe prezentacje swoich przebojów o brzmienie sekcji dętej i smyczków. Tempo i trzon utworów zostały zachowane, czyli rewolucji nie ma. Kilka kompozycji przedstawiono w wersji bez orkiestry, więc te niczym nie różnią się od wykonań, znanych z innych koncertów.


Całość otwiera „Deep Purple Overture”, czyli krótki orkiestrowy bzdet, przechodzący płynnie w „Highway Star” z symfonikami, efektownie walącymi po akordach. Niestety, słychać w tym kawałku jak bardzo Steve Morse – mimo kilkunastoletniego już stażu w zespole – nie potrafi się odnaleźć w solówce. Miłą niespodzianką jest rzadko wykonywane, rozbudowane w stosunku do oryginału „Hard Lovin’ Man” ze świetnym soli Aireya i nawet w miarę strawnym Morsem. Orkiestra odpoczywa przy „Maybe I’m A Leo” i „Strange Kind Of Woman”, zaopatrzonym w doskonałe solo Aireya oraz coś, o czym mimo wszystko wolałbym nie pamiętać: coś w stylu pojedynku wokalno-gitarowego. Gdy trzydziestoletni Gillan z parą w piersiach wydzierał się na zmianę z fenomenalną gitarą Blackmore’a, robiło to wrażenie. Gdy sześćdziesięciopięcioletni Gillan charczy na jodłującą tragicznie gitarę Morse’a… na szczęście później muzycy przechodzą do „Rapture Of The Deep”, które poprzedza hipnotyczne intro organów a sama pieśń wypada bardziej efektownie niż na albumie studyjnym. Trochę straciło na orkiestrowym opracowaniu „Woman From Tokyo”, w którym dęciaki zastąpiły riff gitarowy i – niestety - zamiast brzmienia a la Chicago czy Blood Sweat & Tears wyszedł big band Wiesława Pieregorólki. Nieźle zabrzmiały za to dwa instrumentale z ostatnich lat, „Contact Lost” i „The Well-Dressed Guitar”, szczególnie ten ostatni proszący się o symfoniczną aranżację. Z kolejnych kawałków zapadły mi w pamięć nowe wersje „Lazy” – bez orkiestry, ale za to z rewelacyjnym wstępem w wykonaniu Paice’a i Airey’a (to się nazywa zagrać „z nerwem”) i dynamiczną solówką skrzypiec w środku – pełne patosu „Perfect Strangers” z głownym motywem, wygrywanym na smykach, a także grane już pod koniec „Smoke On The Water” i „Black Night”, w których poza orkiestrą słychać także śpiewającą publiczność. Swoje solowe „okienko” dostał Don Airey i tym razem zamiast ogranego już motywu z „Gwiezdnych wojen” przywalił cytatami z Mozarta oraz kosmicznymi brzmieniami a la „Przybysze z Matplanety”, ale przynajmniej zabawnie wyszło.

Ponieważ grupa wystąpiła w ramach festiwalu jazzowego w Montreux (i to już po raz kolejny, bo przecież Deep Purple to wybitny zespół jazzowy), scenografia nie oszałamia. Po prostu widać logo Montreux Jazz i muzyków. Żadnych laserów, bajerów itp. Jednak sam sposób realizacji można by polecić jako lekturę obowiązkową operatorom kamer i montażystom polskich produkcji muzycznych. Gdy podczas koncertu Purpli jest solo gitary, oglądamy gitarzystę. Gdy jest solo perkusji, widać perkusistę. A gdy swój popis ma klawiszowiec, widzimy go przy keyboardach. Niby nic nadzwyczajnego, ale u nas jeszcze nie do końca osiągalne.


Co jeszcze warte uwagi, to forma muzyków. Nie oszukujmy się, poza najmłodszym gitarzystą (rocznik 1954) pozostali muzycy są w wieku emerytalnym a pary mają więcej niż niejeden rzępolący młody zespół. Oglądałem wprawdzie bez czapki na głowie, ale spadłaby z niej z pewnością na widok Paice’a, który mógłby zastąpić Zwierzaka w Muppetach. Jedynie przykro, że głos Gillana już nie ten i w pewnych chwilach naprawdę żal, że nie nagrali tej płyty przynajmniej piętnaście lat temu. Poza tym wokalista mógłby ubrać się nieco inaczej niż pensjonariusz domu spokojnej starości w piżamie. Trudno.


Naturalnie, rzuca się w oczy i w uszy dobór materiału. Poza dwoma fragmentami instrumentalnymi pojawił się właściwie tylko jeden w miarę nowy kawałek (tytułowy z ostatniej płyty). Z lat osiemdziesiątych zaledwie „Perfect Strangers” i „Knocking At Your Back Door”. Reszta to żelazne klasyki z lat siedemdziesiątych plus „Hush”. Z jednej strony takie właśnie utwory chce usłyszeć większość ludzi. Z drugiej, gdy odchodził z grupy Ritchie Blackmore, muzycy publicznie cieszyli się, że będą mogli teraz wykonywać różne utwory, a nie żelazny zestaw hitów, na który naciskał despotyczny Rysiek W Rajtuzach. I o ile na początku tak było, to z biegiem lat Deep Purple wrócili do sprawdzonej formuły. Być może gdy ruszy trasa, promująca nowy album, starsi panowie coś tam namieszają w set liście, ale najpierw ów krążek musi wyjść. A na razie… smoooke on the waaaater… the fire in the sky.



6 komentarzy:

  1. się zdziwię, że brzmienie dęciaków kojarzy się Autorowi z Ten Years After. musiało zajść jakieś nieporozumienie.
    dalej nie czytałem - strasznie dużo liter...
    dodam tylko, że pierwsze - równie nieudane - eksperymenty łączenia rocka z orkiestrą podejmowała grupa The Nice już w 1968.

    OdpowiedzUsuń
  2. Tfu, chodziło mi o Blood Sweat & Tears - a płyta TYA leżała przede mną na biurku, stąd pewnie nazwa się wcisnęła zamiast BS&T.

    OdpowiedzUsuń
  3. Dziadzia Frojd byłby coś powiedział na temat tego zakręcenia, ale zszedłbył do piwnicy i jeszcze nie wrócił.
    Aha - DP nie słucham od lat tylko i wyłącznie dlatego, żeby pamiętać ich od najlepszej strony.

    OdpowiedzUsuń
  4. To że grają lepiej niż młodzi, to wynik tego, że jak się kiedyś ćwiczyło i grało, to teraz procentuje. A dzisiejsze zespoliki chwytają za instrumenty tylko wtedy, gdy im się chce i wiedzą, że na tym zarobią. Poza tym zawsze jak coś nie wyjdzie, można w programie komputerowym poprawić. Po co się więc przemęczać.

    Jak Gillian i Blackmore grali ten duet wokalno-gitarowy na 'Made In Japan' to chyba jeszcze nawet trzydziestki nie mieli. Niestety Gillian sporo pali (lub palił) więc mu głosik musiał nieco oklapnąć.

    Zamówiłem sobie ostatnio 'Deep Purple In Concert 1970-72' i 'Live In Japan'. Już nie mogę się doczekać kiedy do mnie dotrze.

    OdpowiedzUsuń
  5. "DP in Concert" jest intrygujące o tyle, że znajdują się na nim bardzo ciekawe wersje utworów, w tym rzadko wykonywanych na żywo (np "Never Before"). A "Live In Japan" potwierdza, że na "MIJ" rzeczywiście wybrano najlepsze kawałki, choć te odrzucone niewiele ustępują.

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja kojarzę tylko trzy kawałki, które ukazały się jako bonusy (bisy) do wydawnictwa z okazji 25-lecia MIJ (z czarnym tłem zamiast złotego na okładce). No i stwierdziłem pod wpływem twoich wcześniejszych wpisów, że może warto nadrobić nieco zaległości.

    OdpowiedzUsuń