piątek, 30 września 2011

Chłodna po rewitalizacji by night

Były już zdjęcia d(zi)enne Chłodnej po remiksie, czas na odsłonę wieczorną - skromną, bo nie wszystko było podświetlone, gdy je cykałem tydzień temu.






czwartek, 29 września 2011

Chłodna po rewitalizacji - kładka

Ce de z wczoraj - poza stworzeniem na Chłodnej skwerku, przy skrzyżowaniu Żelaznej z Chłodną wykwitła konstrukcja, nawiązująca do kładki, która przewieszona była nad gettem w tym miejscu. W filarach od północnej strony zamontowano coś w stylu mini-fotoplastikonu ze slajdami, przedstawiającymi to miejsce. Ciekawe, kiedy jakiś debil zniszczy pokrętła od slajdów (przestawia się je samemu) a inny namaluje gwiazdę Dawida z obelżywym tekstem albo coś w tym stylu. Ja wierzę głęboko w społeczeństwo. Coraz bardziej.








środa, 28 września 2011

Chłodna po rewitalizacji

Dobiegła końca rozpoczęta w ubiegłym roku rewitalizacja Chłodnej. Samochody wywalono na jedną część jezdni, na drugiej jest strefa piesza, skwerek itp. Mam nadzieję, że latem zawita tam jakaś kawiarenka, teraz trudno wyrokować, bo nie pora na takie atrakcje. W każdym razie pusta przestrzeń prosi się o to, by cokolwiek tam się ruszyło. Domyślam się, że "Dni Chłodnej/Kercelaka/czegokolwiek w okolicy" nie będą się wiele różniły od innych masowych imprez w mieście (bańki mydlane, orkiestra "podwórkowa", szaszłyki, baloniki i inne kolorowe jarmarki), ale najwyraźniej jest to jedyny sposób by uwrażliwić, no, w każdym razie poinformować część społeczeństwa, co tu było i jak się to różni od tego, co jest teraz.

A swoją drogą, cały Muranów (nie tylko, zresztą), obtentegowałbym w tabliczki z przedwojennymi zdjęciami. Nie w celu rozpamiętywania i rozdrapywania ran, bo niezależnie od tego, co by się chciało, to i tak pewne rzeczy się nie odstaną, ale żeby ludzie mieli świadomość, dlaczego to miasto wygląda tak a nie inaczej. Zwłaszcza ci, którzy nie mieszkają w Warszawie od zawsze, którzy z różnych względów dziwią się albo czują niedoinformowani.


Tu jechał tramwaj, który miał być podany w XXI wieku w wersji owsiano-naturalnej co urągało, zdaje się, prawdzie historycznej), ale go ostatecznie nie będzie.










Te wzorki to miejsca, gdzie przed wojną stały kamienice. Są nawet numery.



W sobotę na chłodnej impreza inauguracyjna. Nie idę, ale za to polecam nowy, specjalny numer "Kuriera Wolskiego" (do dostania np w ratuszu Woli za free), w całości poświęcony Chłodnej i nafaszerowany unikalnymi zdjęciami tejże z różnych lat. W ogóle "KW" to ciekawy periodyk, chyba najbardziej wartościowa z lokalnych, dzielnicowych gazet.

A o rewitalizacji bardziej sensownie wypowiedział się Astrowiktor - tu czytać.

wtorek, 27 września 2011

Klatki z komórki

A bo jak już gdzieś jestem to tak przy okazji... jakość komórkowa, ale co tam.

Na Bielanach...



Na Woli...



Na Bielanach...


Na Bemowie...


Na Bródnie...

poniedziałek, 26 września 2011

Jesień na Żoliborzu się zaczyna

I co zostało? Przegryzające się z ową jesienią, odchodzące powoli resztki i tak niezbyt efektownego w tym roku lata... za niedługo zmienimy czas na zimowy i będę wychodzić do pracy po ciemku i po ciemku wracać. Ja nie chcę.


Poniższe fotografie są efektem przypadkowego, acz bardzo sympatycznego spaceru po Żoliborzu pewnego wrześniowego popołudnia. Ale samego Żoliborza dużo widać nie będzie. Ciekawe czy ktoś zgadnie, gdzie się szwendałem.









niedziela, 25 września 2011

EDGUY „Age Of The Joker”, Nuclear Blast 2011






Po odpaleniu krążka pomyślałem, że ktoś mnie robi w konia i w opakowanie Edguy włożył mi nieznane nagrania Uriah Heep. Hardrockowy rytm, typowe dla lat siedemdziesiątych riffy, organowe plamy i wokal Tobiasa Sammeta, wcale nie tak odległy od tego, którym dysponuje Bernie Shaw… ale miłe to zaskoczenie, zwłaszcza że otwierający album, singlowy kawałek „Robin Hood” to pozycja zacna, hiciasta i formalnie rozbudowana (osiem i pół minuty nie bez kozery; oczywiście, na singiel przycięto pieśń o połowę). Klimatem troszkę wracamy do „Sacrifice” sprzed pięciu lat, ale jednak to inna bajka. Wprawdzie w środku galopada ma „epicki” wydźwięk , zahaczający o klimaty ironowe (wiadomo) i baśniowe (galopowanie koni, jakiś nawiedzony bełkot) , ale stylizacja na lata siedemdziesiąte jest ewidentna. Hołd dla Uriah Heep czy Deep Purple słyszalny będzie także w kolejnych utworach, choćby w bardzo ciekawym „Arcane Guild”, gdzie klawisze miażdżone są według najlepszych wzorców Kena Hensleya i Jona Lorda. Żeby było śmieszniej, w składzie Edguy nie ma etatowego klawiszowca; partie Hammonda nagrał jeden muzyk sesyjny a na pozostałych syntezatorach zagrał inny.

Materiał z nowego krążka miota się pomiędzy tym, co Edguy oferował do tej pory a stylistyką retro-metalową - co by to nie znaczyło, ale lepszego określenia nie znalazłem. Niezależnie od wszystkiego na płycie uświadczyć można hitowe, chóralne refreny („Robin Hood”, „Nobody’s Hero” czy wręcz zaraźliwe „Breathe”), z których Edguy słynął do tej pory. Jednak „Age Of The Joker” nie spodoba się tym, którzy w dźwiękach, wydawanych przez Edguy cenili metalowy posmak i pogoń za wzorcami ironowo-powerowymi. Pod kątem brzmienia grupa zelżała, co nie znaczy że gra pop typu KombII, ale właśnie skierowała się w stronę hard rocka i AOR-u. Gitary nie łoją, jak kiedyś, utwory mają bardziej piosenkowy charakter, ale – przynajmniej dla mnie – nie jest to zarzut. Płyty słucha się świetnie.

Na albumie nie ma słabych czy odstających od reszty kawałków – te krótsze po prostu są odegrane na zasadzie „za dodatkową opłatą nasz statkowy trubadur umili wam czas, śpiewając przebój”, natomiast w tych dłuższych muzycy starają się kombinować. A to pobawią się zmianami tempa („Rock Of Cashel” ze wstawkami, stylizowanymi na muzykę dawną, „Fire On The Downline” z balladowym początkiem i kontynuacją w stylu stadionowego przeboju sprzed ćwierć wieku), a to zarzucą soczystą i efektowną solówkę lub riff, jak w majestatycznym, dziewięciominutowym „Behind The Gates To Midnight World”. No, ze słabszych punktów - na koniec mamy typową „festiwalową” balladę, „Every Night Without You”, której zdzierżyć nie mogę. Kojarzy mi się z tymi wszystkimi masakrycznie nudnymi fragmentami koncertów, na których zapalniczki są w górze, dziewczęta mają w oczach i nie tylko mokro, a ja sprawdzam ile czasu jeszcze do końca utworu. Produkcja całości jest klarowna i nienaganna, jak zwykle w przypadku tego zespołu. „Age Of The Joker” nie jest może płytą szczególnie zaskakującą, ale mam wrażenie, że w obrębie pewnych gatunków muzycznych może lepiej nie zaskakiwać zbyt często, bo potem różnie bywa.




Naturalnie, by plusy nie przesłoniły nam minusów, napiszę o tym, że mnie osobiście męczy bardzo timbre głosu Tobiasa Sammeta, który – mimo najszczerszych chęci – nie jest ani drugim Dickinsonem, ani Joe Elliottem, i w wyższych rejestrach brzmi niezwykle irytująco, o ile nie jest wspomagany przez chórek. To raz. Dwa, że w pewnych momentach odczuć można zażenowanie, jeżeli rozumie się tekst piosenki. Rymy w stylu „What the fuck/suck my cock” („Two Out Of Seven”)może byłyby na miejscu w repertuarze amatorskiego zespołu piętnastolatków (choć i tu mam wątpliwości) a nie formacji, która działa już prawie dwie dekady i ma nieustającą ambicję przebicia się do pierwszej ligi.

Wydanie specjalne płyty zaopatrzone jest w drugi dysk z sześcioma utworami – trzy z nich to piosenki, które nie zmieściły się na zasadniczy: dynamiczny i melodyjny „God Fallen Silent” z fajnym refrenem, łomocące i nafaszerowane brzmieniami organowymi „Aleister Crowley Memorial Boogie” i przeraźliwie nudna, banalna ballada „Standing In The Rain”, przy której utwory Barry Manilowa to dzieła rocka progresywnego. Poza tym na krążku usłyszeć można hałaśliwą, ale nie rewolucyjną przeróbkę „Cum On Feel The Noize” Sweet oraz krótsze, wykastrowane na potrzeby singli, których i tak żadne radio nie zagra, wersje piosenek z pierwszego dysku, „Robin Hood” i „Two Out Of Seven”.

W ramach promocji albumu miał się odbyć w Polsce koncert Edguy, ale został odwołany zanim jeszcze rozpoczęła się sprzedaż biletów. Gratulacje – rzadko kiedy odbywa się to w tak zawrotnym tempie.


Ręce pod Pałacem... opadają.

W zeszły weekend, pod Pajacem będąc, zauważyłem dwie ogromniaste łapy. Wzbudziły one nie tylko moje zainteresowanie, gdyż fotopstryków było wielu. Pomyślałem, że to kolejny wykwit Wielkiej Sztuki, ale...










...ale parę dni później okazało się, że rzeczywistość jest brutalna. Reklama. Bez tego aparatu wyglądało lepiej.