czwartek, 30 czerwca 2011

Co ludzie powiedzą na to tłumaczenie?


Rzadko oglądam seriale, komedie jeszcze rzadziej, ale – jak to zwykle bywa –od reguły jest wyjątek. Wyjątek ów to „Keeping Up Appearances”, komediowy serial BBC z lat 90-tych, znany u nas pod tytułem „Co ludzie powiedzą”. Kto nie kojarzy, to w skrócie tylko powiem, że tematem są perypetie niezwykle pretensjonalnej snobki w średnim wieku, Hiacynty Bucket, udającej że jest kimś z wyższych sfer (swoje nazwisko każe ludziom wymawiać „bouquet” – bucket: wiadro, bouquet: bukiet) i starającej się wkraść w łaski wpływowych i bogatych mieszkańcach miasteczka a jednocześnie wstydzącej się swej ubogiej rodziny, mieszkającej w slumsach. Hiacynta terroryzuje otoczenie, swego męża Ryszarda, sąsiadkę Elżbietę i jej brata oraz miejscowego wikarego z żoną, by pomagali jej w „robieniu wrażenia” na ludziach majętnych bądź o arystokratycznym pochodzeniu. Naturalnie, nic nie idzie po myśli Hiacynty i zazwyczaj wszystkie jej starania kończą się kompromitacją. Seria kręcona była w latach 1990-95 i cieszyła się wielkim powodzeniem, wielokrotnie pokazywano ją także i u nas.


A teraz, po przydługim intro, przejdę do meritum: serial doczekał się w Polsce aż dwóch wydań DVD. Jedno z nich dołączone było do pisma TV Okey i później ukazało się w boksie, drugie – na którym się skoncentruję – wydał Best Film i to wydanie "uświęcone" jest widocznym na okładce i grzbiecie napisem BBC. Ale wcale nie będę pisać o serialu czy szczegółach technicznych, tylko o tłumaczeniu. Faktem jest, że angielski humor, opierający się na grach słownych, jest trudny do przełożenia, niemniej wydanie Best Film pobiło wszelkie możliwe rekordy. Nie dość, że nie poradzono sobie z większością żartów typowo lingwistycznych - można je, w miarę możliwości, ominąć lub zastąpić polskimi odpowiednikami, ale tu po prostu je zignorowano lub przetłumaczono słowo w słowo, w związku z czym przestały być zabawne i dla widza średnio znającego angielski niezrozumiałe będzie zapewne, czemu po wygłoszonej kwestii słyszy śmiech z offu - to jeszcze skopano zwykłe, całkowicie przekładalne zdania. By nie być gołosłownym, przytoczę kilka przykładów z jednego tylko odcinka (z 44). Jest to trzecia część, „Stately Home” (Pałac/rezydencja). Pozwolę sobie podać kontekst, co by jasne było, do czego odnoszą się tłumaczone kwestie.


***

Hiacynta ma szwagra, Powolniaka, który jest bezrobotnym lumpem, żłopiącym piwo i oglądającym telewizję. Siostra Hiacynty a żona Powolniaka, Stokrotka, wyszła za mąż mimo obiekcji Hiacynty, która bardzo wstydzi się powinowactwa z Powolniakiem.

Tekst Hiacyny:

- How can you love an Onslow? He sings on coach trips!

Tłumaczenie winno brzmieć: “Jak można kochać Powolniaka? On śpiewa podczas wycieczek autokarowych!”

Tłumaczenie Best Film (z napisów): “Jak można kochać Powolniaka? Przecież on ogląda reality show!”

Tłumaczenie Best Film (lektor): „“Jak można kochać Powolniaka? To okropny nierób!”

***

Hiacynta ma także siostrę Różę, mieszkającą razem z Powolniakiem i Stokrotką. Róża słynie z tego, że często zmienia kochanków, na ogół żonatych, co bardzo nie podoba się Hiacyncie, która wolałaby aby jej siostra dobrze wyszła za mąż. Róża właśnie rzuciła kolejnego kochanka, informując go, że może zabrać swoją książkę o pozycjach miłosnych, gdyż z jego możliwościami i tak nie zajdzie dalej niż do strony 22. Świadkiem tej rozmowy jest Hiacynta, która komentuje potem:

- And as for Rose, I suppose one ought to be grateful at least she's misbehaving with someone literate.

Tłumaczenie brzmieć winno:

- "A co do Róży, przypuszczam że powinno się być wdzięcznym za to, że przynajmniej się źle prowadzi z kimś piśmiennym."

Tłumaczenie Best Film: "A Róża? Zawsze to jakieś pocieszenie, że obcuje z literaturą."

***

Hiacyntę złości brud w domu Powolniaka, Stokrotki i Róży. Po jej wyjeździe Stokrotka mówi:

- I really believe our Hyacinth can see through laminated surfaces to the grime underneath.

Co znaczy mniej więcej: "Naprawdę wierzę, że nasza Hiacynta potrafi dojrzeć brud nawet przez laminowane powierzchnie."

Tłumaczenie Best Film: "Nasza Hiacynta przejrzy nawet przez najbrudniejsze szyby i wszystkiego się dopatrzy."


***

Pewien człowiek, zmęczony rozmową z Hiacyntą, komentuje: She was murder.

Co oznacza: „Wykończyła mnie”.

Tłumaczenie Best Film: „Zamordowano ją”.


***

Hiacynta snuje fantazyjne opowieści o swoim ojcu:

- My father is no novice when it comes to the sword.

Oznacza to: "Mój ojciec nie jest nowicjuszem, jeśli o władanie mieczem idzie."

Tłumaczenie Best Film: „Mój ojciec również kiepsko włada szpadą”.

***

Nie podam nazwiska tłumacza, ponieważ wiem, że takie kwiatki wcale nie muszą wyjść spod jego/jej ręki. Często tłumaczone teksty są skracane w redakcji (żeby było krócej i prościej albo dlatego, że lektor nie wyrabia się z czytaniem w obrębie danej sceny, gdy np. tłumaczenie zajmuje więcej czasu niż oryginalnie wypowiedziana przez aktora kwestia). Jednak gdy DVD ma logo BBC, trochę wstyd…


Syrenki cz.15

Dawno nie było żadnej syrenki, czyż nie? I co więcej, wcale ich nie ubywa,tylko mi się na razie nie chciało albo nie miałem czasu (albo 2 w 1) latać po mieście i fotografować tych, o których wiem że są a także znajdować przypadkowo bądź celowo tych, które mogę podejrzewać o to, że są. Dziś kolejna porcyjka dla syrenkofanów, już piętnasta i nie ostatnia (chyba że mnie któraś potraktuje bronią, to więcej nie będzie).


Obie z tego samego budynku: Łowicka róg Rakowieckiej. Pierwsza upamiętnia Krystynę Krahelską a druga sprzedaż kartofli i dżemów.



Kościół św. Floriana. Syrenka poznana dzięki zagadkom.


Kościół przy Zagórnej.


Jana Pawła II przed Złotymi Tarasami. Spotkana przypadkowo - podoba mi się ze względu na połączenie z pojazdem szynowym.


Pomnik "Chwała Saperom". Zupełnie przypadkowo zauważona podczas spaceru. Wokół tego pomnika przechodziłem miliard razy, ale dopiero niedawno obejrzałem dokładnie wszystkie płaskorzeźby. Warto było.



Podwale. Syrenka, podpowiedziana przez H_Piotra (sękju wery mać). Identyczna - w towarzystwie dwóch delfinów - znajduje się na balkonie w alei Wojska Polskiego, nieopodal placu Grunwaldzkiego. Być może domy budowała ta sama spółdzielnia (na Podwalu robiła to sp-nia "Syrena", stąd zapewne wizerunek taki a nie inny).

środa, 29 czerwca 2011

Time Machine - instalacja na Dworcu Centralnym

Nie żeby mnie jakoś szczególnie podniecała Wielka Sztuka, ale jest to chyba jedyna okazja dla zwyczajnego człowieka, żeby podfrunąć sobie na miękkiej kanapie pod sam sufit Dworca Centralnego. Polecam, macie czas do 2 lipca.










wtorek, 28 czerwca 2011

"Nie po drodze nam z przeciwnikami socjalizmu" - wystawa

I znów ciekawa wystawa na Żoliborzu. Po niezwykle interesującej ekspozycji, dotyczącej warszawskiego getta, na parkanie Parku Żeromskiego zawisła wystawa o tytule takim, jak powyżej. Dotyczy - w skrócie rzecz ujmując - ważnych wydarzeń w latach 1945-89, które zaważyły na odzyskaniu przez Polskę niepodległości w pełnym tego słowa znaczeniu. Są i wypaczenia poprzedniego systemu, i zrywy strajkowo-niepodległościowe, są też tajemnicze i do dziś nie do końca wyjaśnione sprawy z lat zamierzchłych. Obejrzymy zdjęcia i komentarze, dotyczące np.powojennej propagandy antykapitalistycznej, strajków w Ursusie czy Gdyni, zabójstw ks. Popiełuszki czy Grzegorza Przemyka, czy wreszcie pierwszych wolnych wyborów w czerwcu 1989. Wystawa porusza poważne sprawy, więc wypada wprowadzić się w odpowiedni nastrój, bo letnia aura i radosny gwar z pobliskiego placu zabaw mogą nieco utrudniać odbiór. Jednak warto. Oglądać należy od placu Wilsona w kierunku ul. Mierosławskiego (tablice powieszone są chronologicznie i podzielone na kilka obszarów tematycznych).










poniedziałek, 27 czerwca 2011

Studnie Aignera na placu Krasińskich

Żeliwne studnie, otoczone przez nieco chaotyczną zabudowę placu Krasińskich (niemal każda epoka musiała wtrącić tu swoje trzy grosze) zaprojektowane zostały w 1823 roku i rok później ustawione. Skoro są to studnie Aignera, logiczne, że zaprojektował je Aigner właśnie. Chrystian Piotr, zresztą. Studnie stoją do dziś, w przeciwieństwie do znacznej części historycznej zabudowy placu.


Aigner, prócz zdizajnowania studzienek, udzielał się wielokrotnie tu i ówdzie, ale nie będę przepisywać obszernych źródeł informacji z jednego, bardzo istotnego powodu: nie chce mi się. Jednak jeśli ktoś jest żądny wiedzy, niech zajrzy tutaj, to może znajdzie, czego szukał.


Mimo wielkich starań i wysiłków z mojej strony nie udało mi się tak do końca polubić placu Krasińskich. Znaczy się, lubię tę część z pałacem i park za nim, ale sąd i pomnik - mimo całego szacunku dla powstańców - nie zachwycają mnie. Ciekawe natomiast, że nigdy do tej pory nie czepnął się mnie ochroniarz sądowy, gdy fotografowałem kariatydy, a słyszałem że wiele razy panowie pilnujący strofowali fotopstryków, że tu zakaz jest i nie można.










Ciekawe czy te lwy nocą przypadkiem nie ożywają. Wyglądają groźnie (o tym wynaturzeniu z rogami nawet nie wspomnę). W końcu nie bez powodu jeden z pegazów ma udziabane skrzydło.


W ogóle proponuję konkurs na obiekt, najmniej pasujący na placu Krasińskich do pozostałych obiektów tamże. W konkursie nominacje są następujące:

1- Biblioteka Krasińskich
2- kościół Garnizonowy
3- budynek sądu
4- pomnik Powstania Warszawskiego
5- pegazy

SMS z numerem wybranej pozycji (koszt jak w przypadku tradycyjnych połączeń w godzinach szczytu z Filipinami) należy wysyłać pod nr 999. Do wygrania komplet elektrowstrząsów. Nagrodę wyślemy pocztą a zwycięzcę ogłosimy podczas wieczornego obchodu.

niedziela, 26 czerwca 2011

Sadami Żoliborskimi spacerek

A w zasadzie kawałkiem Sadów, bo za każdym razem staram się nimi przejść inną trasą. Różnymi zaułkami, koło różnych bloczków. Lubię to miejsce i chyba nawet przeciwnicy architektury blokowej są w stanie docenić dzieło prof. Skibniewskiej. No ale podobnie wygląda większość blokowej części Sadyby - czteropiętrowe domy, tonące w zieleni. Współczuję tylko braku windy mieszkańcom wyższych pięter.

A to jakieś świństwo leciało, bodaj z topól. Ale w trawie wyglądało całkiem malowniczo.







sobota, 25 czerwca 2011

Fontanny przy Rozbrat

Nie tak znane i okrzyczane jak bajerancki Park Fontann na Podzamczu, ale bardziej przeze mnie kochane. Ech, pamiętam czasy gdy szwendałem się tam prawie dwadzieścia lat temu, wagarując beztrosko w czasach licealnych i potem w studenckich także. No i "W labiryncie" tam kręcono... łezka się w oku kręci.








piątek, 24 czerwca 2011

STEVIE NICKS „In Your Dreams”, Reprise 2011



Napiszę od razu, z jaką reakcją spotkałem się u 90% znajomych na wieść, że Stevie wydała nową płytę. Reakcja brzmiała: „Wolę ją we Fleetwood Mac niż solo”. Prawda, ja też wolę. Ale skoro nowa płyta Fleetwood Mac nie nadchodzi od lat ośmiu, może dobrze, że chociaż Nicks nagrała premierowy album – pierwszy od wydanego w 2001 „Trouble In Shangri-La”.

Zacznę od tego, że żeby móc wysłuchać płyty Stevie Nicks w całości, trzeba akceptować jej charakterystyczny, chropowato-kaczy głos. Na albumach Fleetwood Mac proporcje wokalistów jakoś się rozkładają a tu jest sama Stevie. Ale kto lubi Stevie, temu spodoba się i jej nowe dzieło. Na najnowszej płycie pomagali artystce przy produkcji i pisaniu utworów przede wszystkim Mike Campbell z zespołu Toma Petty, Heartbreakers, David A. Stewart czyli połowa duetu Eurythmics oraz Glen Ballard. W spisie muzyków znaleźli się także Lindsay Buckingham i Mick Fleetwood z wiadomego zespołu.



Trochę mylący jest wybór „Secret Love” na pierwszy singiel, bo o ile jest to doskonały, przebojowy utwór pop z niezłym teledyskiem (można w nim dojrzeć także Stewarta i Fleetwooda), to absolutnie nie odzwierciedla zawartości całego krążka. Poza „Secret Love” na płycie znalazły się jeszcze tylko trzy dynamiczne piosenki: zalatująca country/Eagles tytułowa, z początku ascetyczne a potem narastające i trochę bluesujące „Wide Sargasso Sea” oraz „Ghosts Are Gone” z zadziornym śpiewem Stevie, którego trochę brak mi było na ostatnim albumie Fleetwood Mac – taki „koncertowy pewniak” z gitarowym riffem, łomocącą perkusją i niezłymi partiami instrumentalistów. Reszta „In Your Dreams” jest raczej stonowana, spokojna. Miejscami może trochę monotonna, ale doskonała forma Stevie rekompensuje wszelkie niedostatki.

Nie żebym wypominał Stevie jej lata, ale potwierdza się teoria, że z wiekiem człowiek łagodnieje. Jak już wspomniałem, większość „In Your Dreams”, to utwory wolne, refleksyjne, nastrojowe, choć przyznać trzeba, że Stevie zadbała o różnorodność aranżacyjną. Bo jest i tradycyjne, melancholijne „New Orleans”, jest też utrzymane w stylu nagrań Toma Petty „Annabel Lee” z fragmentem tekstu Edgara Allana Poe, czy choćby poruszająca ballada „Soldier’s Angel” (jeden z wielu wyśmienitych tekstów Stevie) z towarzyszącym artystce Lindsayem Buckinghamem. Zwraca także uwagę „Everybody Loves You”, w którym Stevie chyba dla jaj rozpoczęła utwór dźwiękami kojarzącymi się bardziej z jakimś hiphopowym przebojem, ale po paru taktach przeradza się on w klasyczną balladę z bardzo ładną melodią. Warto też wspomnieć o „Italian Summer” ze zwiewnymi smyczkami i melodią nieco w klimacie lat sześćdziesiątych.


Z utworów marudzących, do których nie mogę się absolutnie przekonać, wymienię z pewnością „For What It’s Worth”, wybrane w niezrozumiały dla mnie sposób na drugi singiel: marudząca, lejąca się wolna piosenka bez refrenu i jakiejś wybitnej linii melodycznej. Stevie brzmi, jakby podśpiewywała od niechcenia przy piłowaniu paznokci. Miało to być ponoć jakieś tam nawiązanie do klasycznego „Landslide” z 1975, ale tamten utwór miał urzekającą melodię a temu brak. Drugim irytującym mnie utworem jest banalne „Cheaper Than Free” z gościnnym udziałem Stewarta, do którego to kawałka słowa Stevie pisała zdaje się, w wielkim pośpiechu: What’s faster than a fast car? – a beating heart, what’s deeper than a deep well? – the love into which I fell itd. – zgroza na poziomie „W kinie w Lublinie”. Ale każdy może mieć słabszy dzień.



Płyta wyprodukowana jest wspaniale. Na tle wielu nijakich produkcji, wydawanych obecnie, wyróżnia się wysmakowanymi aranżacjami i dbałością o to, by żaden dźwięk nie był przypadkowy. Jednocześnie nie jest to twórczość wyrachowana i obliczona na listy przebojów, choć w Stanach sprzedaje się świetnie. Warto dodatkowo pochwalić dwie współpracujące już od 30 lat ze Stevie chórzystki, Lori Nicks i Sharon Celani (które czasem wspomagają na koncertach Fleetwood Mac), wspaniale uzupełniające śpiew głównej gwiazdy (np. w „Wide Sargasso Sea”).

„In Your Dreams” zdobi fantastyczna wkładka – niby niewielka rzecz, standardowo wydana książeczka, ale zdjęcia Nicks i cała stylizacja są rewelacyjne. Stevie ze swoją urodą pasuje do sztafażu a la „Dynastia”/okładka „Harlequina” i nieważne ile w tym zasług chirurgów czy programu do obróbki zdjęć, bo Stevie już nie raz udowodniła, że jest przede wszystkim prawdziwą artystką. Płytę Nicks zadedykowała swojej fance (zamieszczone jest także jej zdjęcie), która zmarła na raka.


Noakowskiego 10

Mogę być w błędzie, ponieważ się nie znam, ale odnoszę wrażenie, że to jedna z tych kamienic, które miały (nie)szczęście być odnowionymi na początku lat dziewięćdziesiątych. Szczęście, że w ogóle odnowiona, bo inaczej by się sypała, a nieszczęście, bo odnowienie polegało na pokryciu budynku dziwną substancją w kolorze przemielonej tektury, który to kolor po dwudziestoletnim przybrudzeniu stał się jeszcze bardziej obrzydliwy. Może nie mam racji i może powinienem się cieszyć, że nie walnęli na tym różowego tynku, ale…