wtorek, 31 maja 2011

poniedziałek, 30 maja 2011

Kościół Przemienienia Pańskiego przy Stryjeńskich

Przechodziłem koło tego przybytku setki razy, ale nie wiedzieć czemu nigdy do tej pory nie wszedłem do środka. No ale ostatnio wszedłem...






Z zewnątrz też niczego sobie:









Właściwie nie wiem co napisać, ale ja się nie znam.

niedziela, 29 maja 2011

KATE BUSH “Director’s Cut” Fish People/EMI 2011


Motto:
Prawdziwy mężczyzna nigdy nie płacze. Prawdziwy mężczyzna nie wie co łzy. Prawdziwy mężczyzna nie zna rozpaczy. Mężczyzna i łzy - to śmieszne, to wstyd. (Gang Marcela)


A teraz na serio.

Omal nie polały się łzy me czyste, rzęsiste nad nową produkcją Kate Bush. Nie lubię takich sytuacji. Gdy artysta przez lata przeze mnie ceniony, którego wszystkie płyty od dawna posiadam, wycina taki brzydki numer. Bo jak tak można.


Kate Bush pojawiła się w latach siedemdziesiątych - zjawiskowa, szalona, dla niektórych irytująca, ale artystka totalna w pełnym tego słowa znaczeniu, w odróżnieniu od epigonek - dekadę później osiągnęła swój największy sukces płytą „Hounds Of Love” (1985). Od tamtej pory nagrała zaledwie trzy albumy: magiczny „The Sensual World” (1989), który wprawdzie nie powtórzył sukcesu poprzedniczki, ale od początku do końca trzymał niesamowity, tajemniczy, senny nieco i zarazem niepokojący klimat. Potem (1993) ukazało się trochę rozczarowujące „The Red Shoes” z płaskim, amerykańskim popowym brzmieniem, mnóstwem niepotrzebnych gości – z całym szacunkiem, ale Prince do twórczości KB zupełnie, moim zdaniem, nie pasuje – i z dziwacznym filmem „The Line, The Cross and The Curve”, stanowiącym wizualną oprawę niektórych piosenek z albumu. Później artystka zamilkła, założyła rodzinę, odchowała dziecko i dopiero w 2006 roku ukazała się płyta „Aerial”, o której mogę jedynie powiedzieć, że jest. Płyta zyskała uznanie, sprzedała się dobrze i już.


Nie bardzo wiem, co kierowało wokalistką, żeby wziąć ponownie na warsztat wybrane utwory z albumów „The Sensual World” i „The Red Shoes” i zarejestrować na nowo, z częściowo odmiennymi od oryginałów aranżacjami. Kate wprawdzie w wywiadach wyjaśniała, że nie była zadowolona z ówczesnych efektów, ale gdy usłyszałem i zobaczyłem nową wersję „Deeper Understanding”, nie wiedziałem - śmiać się czy płakać. Hipnotyczny chórek tria Bulgarka z oryginału zastąpiła partia, śpiewana przez syna wokalistki, którego głos przepuszczono przez Auto-tune udające wokoder. Głos Kate brzmi jakby nagrywała od niechcenia, między sprzątaniem a gotowaniem. Teledysk wyreżyserowała sama Bush, ale nie pojawiła się w nim ani na chwilę. Nieco przypomina mi „Experiment IV”, szczególnie momenty gdy kolorowa fala dźwiękowa leci do bohatera klipu, ale tamten teledysk miał w sobie „coś” a ten jest tylko bardzo dosłownym odwzorowaniem tekstu. Piosenka trwa dłużej od oryginału, ale po co? A zresztą…



Dodam, że był to jeden z moich ulubionych utwórów na “The Sensual World”. Tam, bo tutaj już nie.


Pozostałe piosenki, co czyni tę płytę jeszcze dziwniejszą, mają wprawdzie na nowo zarejestrowane wokale, ale niektóre podkłady instrumentalne są przeniesione z oryginałów. Ma to, powiedzmy, swoje uzasadnienie w przypadku piosenki, która na albumie „The Sensual World” była utworem tytułowym a tu nazywa się „Flower Of The Mountain” – wówczas Bush nie uzyskała zgody od spadkobierców Jamesa Joyce’a na wykorzystanie jego tekstu i musiała napisać własny. Po dwudziestu latach rodzina pisarza zmieniła zdanie i Bush mogła wreszcie zarejestrować fragment „Ulissesa” – tyle że zestawienie go ze starą wersją (a nie da się takich porównań nie robić, szczególnie że „The Sensual World” było sporym przebojem) wypada zdecydowanie na niekorzyść nowej. Nie chodzi nawet o to, że głos już nie ten – bo to naturalne – ale melodia, refren i atmosfera oryginału, razem ze zmysłowym (tytuł zobowiązuje) „mhm” na „Director’s Cut” zostały uproszczone, poharatane i jakoś tak nieciekawie teraz to wygląda.


Podobna sytuacja ma się np. z „The Red Shoes” – oryginalne brzmienie wzbogacono dodatkowym łupaniem perkusji i, oczywiście, nowymi partiami wokalnymi. Ale podkład instrumentów został w zasadzie ten sam. Tak też jest w „And So Is Love”, przepięknej balladzie z „The Red Shoes”. Powoduje to lekki chaos w opisie składu muzyków, bo wymieszani są w obrębie jednego utworu ci, którzy nagrywali go ileś tam lat temu i ponownie wykorzystano ich partie (w tym przypadku np. Eric Clapton i Gary Brooker) oraz ci, którzy dograli partie w 2011.




Niektóre piosenki nawet nie brzmią tak źle w nowych wersjach: czarujące „This Woman’s Work”, oryginalnie singiel z albumu „The Sensual World” zyskało quasi-ambientową oprawę, ale zachowało refleksyjną atmosferę. Piękna to kompozycja i na szczęście Kate nie zepsuła jej za bardzo. Tak samo „Moments Of Pleasure” z albumu „The Red Shoes” – w porównaniu z oryginałem ta wersja jest wolniejsza i pozbawiona orkiestrowego tła, które w 1993 stworzył wieloletni współpracownik Kate, nieżyjący już Michael Kamen. Nowa odsłona jest bardziej melancholijna i żal tylko środkowej części z podniesionym głosem Kate (być może wokalistka nie jest już w stanie tak zaśpiewać), którą zastąpił mruczący chór. Nie jest też źle z „Never Be Mine” z albumu „The Sensual World”, choć tu też artystka – dochodząc do refrenu – mamrocze słowa zamiast je śpiewać, co boli okrutnie, gdy ma się w pamięci oryginał. Da się też wysłuchać „Song Of Solomon”, i „Lily” ale – właśnie – da się. Nie po to ukochani artyści nagrywają płyty, żeby trzeba było przez nie brnąć, zastanawiając się przy którym z kolei utworze przyjdzie zwinnym ruchem puścić krążek swobodnym lotem przez okno.


Najgorsze Kate Bush zostawiła na koniec. Gdy w 1993 ukazała się płyta „The Red Shoes”, promował ją dość kontrowersyjny singiel „Rubberband Girl”. Taneczny, w zupełnie innym stylu niż do tej pory proponowała Bush, nie wszystkich przekonał. Być może dlatego artystka na „Director’s Cut” postanowiła udowodnić, że może być jeszcze gorzej. Piosenka brzmi, jakby Bush nagrała ją, leżąc na podłodze w stanie ciężkiego zamroczenia – wokalizy przypominają agonię zagonionej na śmierć przez kota myszy a podkład chyba nagrywał 12-letni syn Bush, grając na wszystkich instrumentach w tym samym momencie. Chciałbym wierzyć, że to taki żart i że to tak miało być i że to efekt zamierzony a nie dlatego tak wyszło, bo artystce się odechciało i miała gorszy dzień. Niewątpliwym plusem „Director’s Cut” jest fakt, iż Kate nie sięgnęła po swoje największe przeboje i nie uszczęśliwiła fanów np. nowymi wersjami „Wuthering Heights”, „Running Up That Hill” czy „Babooshka”.




Pod względem edytorskim płyta jest wydana przepięknie: zamieszczone są teksty wszystkich utworów oraz opisy personelu a także specjalnie wykonane na tę okazję zdjęcia, które pokazują taką Kate, jaką pamiętamy z dawnych lat, mimo że nieco urosła: trochę drapieżną, z szaleństwem w oczach, otoczoną przez ludzi z rybimi głowami (nawiązanie do nazwy wytwórni Kate, Fish People). Wersja deluxe zawiera więcej zdjęć oraz dwa dodatkowe dyski z remasterowanymi „The Sensual World” i „The Red Shoes”.


Chciałbym być sprawiedliwy i może to po prostu nie jest płyta dla mnie. Wiadomo, nie wszystkim te same rzeczy muszą się podobać. Słyszałem już i czytałem wiele pochlebnych słów na jej temat – inna sprawa, że głód na nowe nagrania Kate Bush był tak wielki, iż artystka mogła nagrać cokolwiek. I to właśnie, moim zdaniem, zrobiła. Płyta doszła do drugiego miejsca w Wielkiej Brytanii, podobnie jak oryginalne albumy z których Kate wybrała piosenki. Na przyszły rok Kate Bush zapowiada (i tu należy być ostrożnym, bo różnie to u niej z terminami bywa) nowy, całkowicie premierowy materiał. Czas najwyższy się odbić.

Wybrzeże Kościuszkowskie 35 - ZNP










sobota, 28 maja 2011

piątek, 27 maja 2011