czwartek, 31 marca 2011

Noc zapada, latarnie świecą, golasy marzną

Te zdjęcia powstały niedawno, jakiś miesiąc temu, może półtora (zbieranina częściowo ze śnieżnego okresu). Z powodu zmiany czasu bajnajtów nie będę robić tak często, przynajmniej do jesieni, bo nie chce mi się włóczyć po mieście i czekać aż się przyzwoicie ściemni. Inna sprawa, że co roku obiecuję sobie pójść i pocykać podświetlone fontanny na Powiślu (konkretnie w parku Rydza i na Rozbrat) i jeszcze mi się nie udało. Na razie proponuję kilka wieczornych cyków:







Tup... tup... tup... dobranoc. Zimie też już mówimy "da swidanija".

środa, 30 marca 2011

Nie pajacuj XVII

Pajac wystaje zewsząd i jak ktoś nie jest w stanie zaakceptować faktu, iż PKiN jest jedną z sylwetek Warszawy, to jego zmartwienie. A osoby upośledzone estetycznie, które chcą zasłonić pałac jakimiś klocowatymi balasami, uprasza się o wcześniejsze pozasłanianie swoich domostw poprzez zamknięcie klapy od śmietnika i niewychodzenie na zewnątrz. Tak będzie lepiej.


Rzygi po szpinaku, denaturacie, buraczkach i cholera wie po czym jeszcze. Wersja light.


To z okolic Chałubińskiego jest.

Rzygi po szpinaku, denaturacie, buraczkach i cholera wie po czym jeszcze. Wersja hardcore.



Pałac rolniczy.

A swoją drogą to widziałem już jakieś – w przybliżeniu – 3237582984534052348 projektów zagospodarowania dzikiego pola, zwanego popularnie placem Defilad. Większość propozycji polegała na oblepieniu PKiN jakimiś dziwnymi konstrukcjami budynkopodobnymi, które miały na celu nie tyle dobrze wyglądać, co zasłonić pałac. Jak wiadomo, do żadnej realizacji tych chorych pomysłów nie doszło. Na razie jest koło pałacu parking, buda z tanią książką, jakieś wykopaliska pod centrum informacji, zajmujące się dociekaniem, za ile setek tysięcy lat powstanie druga linia metra, a także parę kebabów itp. Niestety, takie mamy alternatywy: albo chore zadęcie, albo Trzeci Świat.

wtorek, 29 marca 2011

Warszawa na znaczkach pocztowych 4

Na koniec prezentacji filatelistycznej seria "Siedem wieków Warszawy"






Te znaczki lubię akurat najmniej, bo pokazują rzeczy, z którymi w ogóle nie identyfikowałem się jako warszawiak: nieistniejący już od miliarda lat maleńki ratusz na Rynku Starego Miasta czy anonimowe wykopaliska.

Skoro jest już okazja, to dodatkowo wyspowiadam się z traumy, jaka spotkała mnie z rąk może nie tyle pani od historii (ta miała swoje pole do popisu w sali nr 8 na I piętrze szkoły), ale ze strony przewodniczki po Muzeum Archeologicznym. W jakiejś I albo II klasie LO zostaliśmy zagnani na wystawę o starych skorupach do Arsenału. Zwiedziliśmy jedną salę. Jedną, słownie. Zwiedzanie trwało około 90 minut… pani przewodnik stała przy każdym garnku około kwadransa i opowiadała: tego typu naczynie wykonano z takiego a takiego materiału. Materiał ten występował zazwyczaj w Dolomitach i Apeninach, ale i w Polsce występował w rejonie takim a takim. Mieszkańcy tego rejonu zazwyczaj robili to i tamto… aż dziw, że po tak licznych staraniach mojej pani od historii oraz różnych dziwnych osób, zajmujących się zniechęcaniem wycieczek szkolnych, nadal lubię historię i się nią jakoś tam interesuję.

poniedziałek, 28 marca 2011

Pożegnanie zimy nad Wisłą

Miesiąc temu to teoretycznie całkiem niedawno, ale biorąc pod uwagę to, co dzieje się za oknem obecnie i co działo się pod koniec lutego, to dwa różne światy. Coś jak świat fanów serialu „M jak miłość” oraz świat ludzi zdrowych psychicznie.

W każdym razie szedłem ja sobie na krótki weekendowy spacer, czyli od Mostu Łazienkowskiego do Mostu Grota*, i zauważyłem płynący malowniczo w stronę północną śryż. Śryż to takie coś jak kra, tylko że to niezupełnie kra – to taki zlepek kryształków lodu o wprawdzie mniej upierdliwej twardości, ale jednak utrudniający czynności okołożeglugowe, jako że występuje hurtem.

Te zdjęcia ciachnąłem w okolicach mostu Gdańskiego. Fajna była ta zima, ale niech do grudnia idzie... wypocząć, bo wiosna i lato przed nami, no.










Kto tęskni, ręka w gó...


*To, oczywiście, nie był cały spacer, tylko jego nadwiślańska część.

niedziela, 27 marca 2011

Przyszła.

Malbork - miasto

...a w zasadzie nie miasto, tylko główna ulica, prowadząca mniej więcej od dworca do zamku.









sobota, 26 marca 2011

H.E.A.T. „Freedom Rock”(Stormvox Records, 2010)



Komu nie spodoba się to, co poniżej, niech zaprzestanie lektury i nie marudzi.



Zachwycony debiutem szwedzkich AOR-owców nabyłem ich drugą i – jak dotąd – ostatnią płytę, „Freedom Rock” – i jak już ją wrzuciłem do odtwarzacza, tak trudno mi ją było wyjąć i to wcale nie dlatego, że wieża mi się zacięła.

Dlaczego poświęcam uwagę krążkowi, który z założenia nie jest odkrywczy i stanowi atrakcję dla ogarniętych nostalgią za pudlowymi latami osiemdziesiątymi? Po pierwsze dlatego, że mieści się w moim szerokim wachlarzu zainteresowań. Po drugie, bo to po prostu dobra płyta. Sztuka typowo „użytkowa” jako umilacz czasu do porannej kawy, do spaceru, podróży czy posłuchania w domu.

Od samego początku słychać, że panowie poszli za ciosem i postanowili nagrać kolejny zestaw chwytliwych, AOR-owych dynamicznych kawałków z wielogłosowymi partiami w refrenach, z efektownymi/efekciarskimi (niepotrzebne skreślić) solówkami, plumkaniem klawiszy, wypełniającym dziury, i w ogóle wszystko ma brzmieć, tak jak na debiucie. Typowy sequel, ale wcale nie gorszy od oryginału. Założenie takie możliwe jest do zrealizowania, jeśli grupa ma pomysły – w przeciwieństwie do żałosnych wujków z Bążowi, przeżywających kryzys wieku średniego, H.E.A.T. są dopiero na początku drogi, więc buzują energią i pomysłami. Nawet jeśli nie są to do końca ich wynalazki i świetność tychże miała miejsce dobre ćwierć wieku temu, warto poświęcić chłopakom uwagę.


Już otwierające „We’re Gonna Make It To The End” wprowadza świetny nastrój a następujące po nim „Black Night” (nie jest to kower Deep Purple) z gościnnym udziałem Tobiasa Sammeta z Edguy, wcale mu nie ustępuje. I właściwie każdy z kolejno pojawiających się utworów można obdarzyć podobnym opisem: melodyjny, dynamiczny (no, poza dwiema balladami, „Shelter” i „Everybody Wants To Be Someone”), świetnie zrealizowany, z dobrym pomysłem na refren, sprawdziłby się jako singiel… bo trudno wyróżnić spośród trzynastu kawałków jakiś, który ewidentnie odstaje pod względem stylistyki czy pomysłu od pozostałych. Miłośnicy niezbyt ostrego, ale dynamicznego brzmienia, nawiązującego trochę do rodaków H.E.A.T. z Europe, trochę także do Winger czy może nieco do Toto (harmonie wokalne), będą wniebowzięci chórkami w „Danger Road” czy „Nobody Loves You (Like I Do)”. Naturalnie, zatwardziali zwolennicy ciężkiego metalu czy prog-metalu nie mają czego szukać: melodyjny rock skrojony jest wyraźnie i intencjonalnie na radiową modłę – mam na myśli radio, grające normalną muzykę a nie to kakofoniczne szambo, które u nas serwują komercyjne stacje – zresztą, w Szwecji album ten stał się bardzo szybko platyną. Singlem, pilotującym płytę, była piosenka „Beg Beg Beg” – mniej przeze mnie lubiany kawałek, z (moim zdaniem) średnio porywającym refrenem na tle innych kompozycji, choć nie znaczy, że to zły utwór. Na tej płycie nie ma wypełniaczy.


Żeby nie było wątpliwości: „Freedom Rock” to nie jest ani płyta przełomowa, ani nowatorska. To typowy produkt, skierowany tylko i wyłącznie w stronę odbiorcy, dokładnie oczekującego takiej twórczości, bez niespodzianek i eksperymentów. Może zalatuje to trochę muzycznym fast foodem i pewnego rodzaju wyrachowaniem, ale można sobie tylko życzyć takiej masówki. Zresztą, słychać że panowie bawią się produkowanymi przez siebie dźwiękami a nie klecą je na siłę, żeby tylko się przypodobać słuchaczowi, zwanemu po staropolsku targetem.


Po nagraniu tego albumu z zespołem rozstał się wokalista i obecnie grupa pracuje nad numerem trzy z nowym frontmanem. Liczę, że nie zawiodą. Choć, oczywiście, TO JUŻ NIE TO SAMO…*

A tak na marginesie to miło, że jest kraj, w którym powstaje taka muzyka i jest obecna w radiu – bo u nas zespoły typu H.E.A.T. (których w Skandynawii jest całkiem sporo, że wspomnę choćby WigWam) nie miałyby żadnych szans. W naszych mediach liczy się albo dance’owa sieczka, względnie stękanie, albo „wielki artyzm”, polegający ostatnio na masakrowaniu repertuaru innych wykonawców (często nieżyjących, więc nie mających możliwości zaprotestowania) przez podupadłe gwieździny i samozwańczych artystów-szansonistów (chodzi mi o wysyp kowerów Starszych Panów, Osieckiej, Niemena, Grechuty itp). Większość tych wydawnictw w ogóle nie powinna była się ukazać, ale to zdaje się temat na inną dyskusję.

Już ciemno, czas więc na „Black Night”.




*żarcik

Lubię to na FB, polecam to na GG


(kliknąć -> powiększyć)

Fantastyczne są te nowe możliwości. Można lubić to, że ktoś umarł a - co najważniejsze - można to komuś polecić. Rewelka.

W marcu jak w garncu

Malbork - zamek V

To już ostatni odcinek zdjęć z malborskiego zamku.


Nawet na zamku w Malborku można spotkać syrenki.






Ostatnie zdjęcia pochodzą z kościoła zamkowego, zniszczonego podczas wojny i pozostawionego w charakterze ruiny (oczywiście, zabezpieczonej) - robi wrażenie.




piątek, 25 marca 2011