niedziela, 27 lutego 2011

Sopot - zimowe molo

Jest prawie poniedziałek (k...), więc dla złagodzenia bólu - własnego zwłaszcza, po dwóch tygodniach urlopu -proponuję kilka miłych chwil nad Zatoką Gdańską, przyśnieżoną, zaszronioną, oblodzoną i w ogóle taką, jakiej wcześniej nie widziałem. Byłem zimą nad morzem parokrotnie, ale za każdym razem był tylko wiatr i zimno, natomiast po raz pierwszy w tym roku udało mi się zaobserwować śnieg i lód. Niezapomniane wrażenie.


W telewizji wprawdzie mówili, żeby nie włazić na lód daleko od brzegu, ale ludzie wiedzą lepiej i biorą psy, małe dzieci itp. Cóż, to się nazywa selekcja naturalna.













Aha. Zdjęcia, wgrywane kolejno do Picasy od 1 do 10, w albumie widoczne są w następującej kolejności: 1, 3, 4, 2, 6, 5, 7, 9, 8, 10. Rozumiem, że twórca nowego, usprawnionego wyglądu albumu najpierw spuszcza wodę, potem się podciera, potem się załatwia, następnie wchodzi do łazienki a na końcu zdejmuje spodnie. Przepraszam za to porównanie, ale mnie cholera bierze.

Sopot - uzdrowisko

Ze względu na hasło "wyjazd" tytuł "Na zawsze Warszawa" przez parę najbliższych dni pozostanie nieaktualny. Ale to nie znaczy, że nic się nie będzie tutaj działo. Skoro nie robiłem zdjęć w Warszawie, logiczne jest, że robiłem je gdzie indziej. Oto kilka migawek z "kuracyjnej" części Sopotu.




Żabki, siedzące w i na fontannie, rozpylającej solankę (tę bardziej stężoną).


Nowy Dom Zdrojowy. Kiedyś, znaczy przed wojną, dom zdrojowy stał dokładnie w tym samym miejscu (okrągła wieża z brązowym dachem jest jedyną autentyczną częścią). Podczas wojny, jako jedną z nielicznych budowli sopockich, zburzono go i za PRL wokół ocalałej wieży odbudowano klocek, mieszczący Państwową Galerię Sztuki. Parę lat temu klocek zburzono i zbudowano wokół ocalałej wieży kolejny budynek, luźno nawiązujący do tego przedwojennego, mieszczący aktualnie restauracje, sklepy, wyżej wspomnianą galerię (będzie Wielka Sztuka!), pijalnię solanki, centrum informacji turystycznej itp.



A to inna studzienka solankowa, z której wypływająca (w mniejszym stężeniu) solanka utworzyła sopelki. Nie lizałem.


Latarnia morska przy zakładzie balneologicznym.


W miarę świeży (2004) pomnik Jeana Georga Haffnera w Parku Północnym. Pan ten doprowadził - po osiedleniu się w Sopocie - do utworzenia tu kurortu, uzdrowiska i plaży dla turystów. Bez niego nie mogliby wygrzewać się w promieniach trójmiejskiego słońca ani Helena Vondrackova, ani Hana Zagorova, ani Drupi, ani Karel Gott ani nawet sama Ałła Pugaczowa.



A to hotel Grand (obecnie Sofitel-Grand), jeden z trzech pięciogwiazdkowców w Sopocie. Jest on wariacją na temat domu zdrojowego - a wcześniej także hotelu - mieszczącego się w Szczawnie-Zdroju (zeszłej zimy zamieściłem jego zdjęcia tutaj). Grand zainspirował ponoć grupę Procol Harum do stworzenia płyty o takim właśnie tytule (1973), choć we wkładce do albumu znajdują się zdjęcia innego Grandu, bodaj w Szwajcarii.



Nowy Dom Zdrojowy zawiera pijalnię, której wcześniej tam nie było. Pijalnia jest, jak widać, niewielka, można się raczyć gratis solanką na wysokości i podziwiać widoki. Teraz było pusto, ale ciekawe czy w lecie tłum nie rozsadzi tego małego pomieszczenia. Chyba że wprowadzą opłaty.



A to rzeźba z fontanny przed domem zdrojowym, czekającej aż ktoś ją litościwie umyje i odrestauruje.

sobota, 26 lutego 2011

Picasa też mnie wk...



Ja wiem, że jestem nienormalny i mam nieobliczalne wymagania, ale nie wytrzymałem, bo zobaczyłem, że w Picasie też "poprawiono" sposób wgrywania zdjęć.

Mam więc ja sobie pięć obrazków, numerowanych od 1 do 5, żeby potem było wiadomo, który jest który. Oto one wszystkie razem na jednej planszy.



Teraz chcę je wgrać do albumu na Picasie w tej właśnie kolejności, żeby potem na blogu opublikować je dokładnie tak: 1, 2, 3, 4, 5.

Oto układ, jaki otrzymuję po wgraniu do Picasy i otworzeniu albumu:

Po szpetnym zaklęciu stwierdzam: "Aha! Przechytrzę was! Wgram zdjęcia raz jeszcze, ale dwa pierwsze zamienię kolejnością!".


I tak też robię. A co otrzymuję?

Nie wiem, co za kretyn - informatyk kreatywny to wymyślił, ale gratuluję.

Kuźnica na Półwyspie Helskim

Dziwnie jest przebywać zimą w miejscu, które doskonale się zna i w którym od ponad dwudziestu lat się niemal co roku bywa, ale w sierpniu. Żar się z nieba leje, piasek parzy stopy, nie ma wody na pustyni a tu.... luty!











piątek, 25 lutego 2011

CLOSTERKELLER Rock Cafe-Muzeum Polskiego Rocka (Gdańsk) 20 lutego 2011




Na początek – celem wystraszenia niezainteresowanych…



Jakoś tak się złożyło, że na koncert warszawskiego zespołu wybrałem się do Gdańska. Nie żebym specjalnie jechał na Closterkeller, ale skoro już tam byli i ja też…

Nie byłem nigdy zwolennikiem Closterkellera za czasów jego największej popularności, czyli w latach 90-tych XXw., i do dziś nie słucham starych płyt w całości – jakoś śmieszył mnie sposób frazowania Anji Orthodox, to „upajanie się” własnym głosem, które brzmiało dla mnie bardziej groteskowo niż demonicznie. Ale zmieniłem się ja, zmienił się i Closterkeller. Spodobały mi się nowsze produkcje grupy: „Nero” i „Aurum” - szczególnie ten ostatni krążek. Tak zwany polski rock gotycki nie interesuje mnie ze względu na mniej lub bardziej wprawiające w zakłopotanie teksty (tu polecam twórczość niezłej w sumie muzycznie grupy Artrosis, której liryki powodują, że nie jestem w stanie przebrnąć przez jej dokonania), z tym że Closterkeller jakoś się wybrania, bo na szczęście stara się nie śpiewać o strasznych pierdołach i część piosenek szczególnie na ostatnich albumach jest „o czymś” albo w miarę neutralna. Do tej pory grupę widziałem na żywo dwukrotnie w stolicy: podczas promocji płyt „Nero” i EP „Regina”. Czas więc nadszedł na odsłonę pt. „Próbujemy sprawić, żeby ktoś kupił naszą najnowszą płytę, Aurum” (poszło dziesięć tysięcy, jak na kraj, w którym rekordy sprzedaży biją składanki z shitami radiowymi dla osób po amputacji mózgu, to i tak nieźle).

Lokal, w którym zespołowi przyszło grać, to mała klitka, bardziej pub niż sala koncertowa: niziutki, na jakieś sto osób, zapchany do granic możliwości. Tradycyjnie, przyszło mi stanąć w bezpośrednim sąsiedztwie kretyna, który wlał w siebie podczas dwugodzinnego koncertu kilka piw i pod koniec ledwo się trzymał, ale tu na szczęście piwo serwowano w szkle a nie w plastiku, więc nie rzucano szklanek na ziemię. Cały czas jednak fascynuje mnie, jak to jest: pójść na płatny koncert, kupić bilet a następnie tak się nawalić, że następnego dnia zapewne nie kojarzy się, czy występował Closterkeller, czy Chór Dana.

Po rozmiarach „sceny” (jakieś parę metrów kwadratowych podłogi) i samego klubu przede wszystkim można było poznać …klasę zespołu. Tak właśnie. Muzycy znajdowali się na tej samej wysokości, co publiczność, bo sceny jako takiej nie ma, jedynie barierki odznaczały rewir, zarezerwowany dla występujących. Anja Orthodox, znacznie szczuplejsza niż ostatnio i świetnie wyglądająca, stała w zasadzie twarzą w twarz ze słuchaczami, metr od nich. Żadnego oddechu. I jak sobie poradzili? Ano fantastycznie. Żadnych fałszy, doskonały głos wokalistki , profesjonalne podejście muzyków, którzy grali z głową a nie odwalali chałturę. I już połowa sukcesu. Poza tym Closterkeller zaprowadził spore zmiany w setliście, nie tylko z powodu ukazania się nowej płyty. Zniknęło kilka starszych numerów, ale zastąpiły je inne starsze kawałki, nie grane na żywo przez dłuższy czas albo i wcale. Można psioczyć, że nie było kilku numerów, ale skoro zastąpiły je równie udane…

Występ, bez specjalnego supportu i intro, rozpoczął się od „Kiedy latam” z płyty „Nero” (nie jest to może rewelacyjny rozgrzewacz, ale grupa może na tej piosence ustawić sobie wygodnie dźwięk). Z „Nero” był jeszcze „Miraż” oraz utwór tytułowy. Ze starszych nagrań formacja zaprezentowała m.in. „Agnieszkę” (z EPki wydanej między LP „Blue” i „Violet”), podczas której wokalistka „ukąsiła” swojego obecnego partnera i gitarzystę, „W moim kraju” (z „Violet”), „Tak się boję bólu” oraz tytułowy ze „Scarlet”, „Władzę” (z „Cyan”), „Ate”, „Na krawędzi” i „Fortepian” z albumu „Graphite”, no i cztery pieśni z wydanego niedawno „Aurum”: „Nocarz”, „Ogród półcieni”, który trafił na listę Trójki jako pierwszy kawałek Clostera od lat, „Dwie połowy” oraz przejmującą „Matkę” ze wstrząsającym tekstem o kobiecie, która utraciła syna na wojnie (tak, tak, Closterkeller nie śpiewa o piciu krwi zabitych o północy kotów, gdyby ktoś się nie orientował). Była też nowa piosenka „Król jest nagi” z całkiem niezłym, zabawnym tekstem, który można odnieść do wielu okoliczności naszego życia codziennego, zapowiadająca kolejny album zespołu (ciekawe co się stanie, gdy skończą się nazwy kolorów). Teraz może czas na „Matkę”, zdecydowanie jedną z najlepszych, o ile nie najlepszą piosenkę z ostatniego albumu. Nie ma do niej teledysku, ale nie jest potrzebny.



Anji, która niewątpliwie jest Closterkellerem, towarzyszył skład staro-nowy: z jednej strony Krzysztof Najman na basie i Michał Rollinger na klawiszach, z drugiej Mariusz Kumala na gitarze i Janusz Jastrzębowski na bębnach (obaj od 5 lat w grupie). I nic więcej, żadnych chórków, dogrywek, bajerów itp. Brzmienie, jak na tak mały klub, było zadziwiająco dobre, publiczność bawiła się doskonale, choć trudno było skakać ze względu na tłok oraz debili, którzy nie potrafią słuchać koncertu bez piwa w łapie (nie przeczę, sam się napiłem, ale PRZED koncertem). Anja prowadziła świetną konferansjerkę, opatrzoną różnymi spostrzeżeniami, żartowała z publicznością i przede wszystkim udowodniła, że w swoim gatunku mało która wokalistka krajowa może się z nią mierzyć. Z drugiej strony trochę dziwnie było oglądać zespół, który kiedyś obecny był w radiu i telewizji, grał dla tysięcy ludzi na różnych imprezach, realizujący się w małym klubiku dla może setki osób… ale, jak wspomniałem, Closterkeller zachował się bardzo profesjonalnie i dał fantastyczny koncert. Być może taka już jego niszowa dola – a swoją drogą zabawne jest, że różni, całkiem nieźli wykonawcy grają po klubikach a w stacjach telewizyjnych jest jakaś sraczka programów, w których różne „gwiazdy” lansują się pod pozorem łowienia talentów, z którymi i tak nikt potem nie będzie wiedział, co zrobić. Ale to już insza inszość.


Na koniec – cóż, teledyski nie były nigdy mocną stroną Closterkellera, ale niech tam…



Bagatela 10







czwartek, 24 lutego 2011

Warszawa na znaczkach pocztowych 3

Dziś znaczki z pomnikami warszawskimi.

Felek.
Śpioszki.

Zigi.


Adi.

Józek, co wszystko wie.

Powyższe znaczki były z jednej serii (co widać), natomiast namierzyłem jeszcze parę pojedynczych, które być może były częścią jakichś serii a może i nie, ale nie mam zielonego pojęcia.
Pomnik Bohaterów Getta.
Pomnik Bohaterów Warszawy.

A to nawet podpisali. Ten ostatni znaczek to sam kupiłem, bo jak byłem mały, były takie w obiegu i to chyba była seria. Wysyłałem z takimi znaczkami pocztówki do obu babć, gdy byłem na wakacjach.