poniedziałek, 31 stycznia 2011

Warszawa, jakiej nie było II

Kolejna część odjazdów wizualizacyjnych, jakie była uprzejma zamieścić "Stolica" z 1984 r.


W. Kłyszewski, J. Mokrzyński, E. Wierzbicki (tzw. grupa Tygrysów) -ściana wschodnia pl. Stalina 1954


Jan Knothe - Marszałkowska róg al. Jerozolimskich (1950)




Z. Dmochowski - Dom Chłopski na Polu Mokotowskim (1938)


Jan Knothe - Plac Unii Lubelskiej/Puławska (1950)


M. Ptic - Borkowski - Stacja metra "Targowa" (1953)




Plac III Krzyży w Planie Sześcioletnim


Cóż mogę rzec... AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!

sobota, 29 stycznia 2011

Stratovarius – Elysium, Edel 2011


Jest takie powiedzenie: „Najbardziej płodny jest artysta głodny”. W przypadku fińskiej grupy Stratovarius znajduje ono doskonałe uzasadnienie w postaci najnowszego krążka zespołu, „Elysium”. Dopiero gdy artystom zabrakło na wódkę, zebrali się w sobie i nagrali przyzwoity album po dziwnych szarpaninach z byłym liderem Timo Tolkkim (niemelodyjny i ciężkostrawny krążek „Stratovarius”) oraz nie do końca dla mnie satysfakcjonującej płycie rozwodowej po jego odejściu („Polaris”).


Trzynasty album studyjny Stratovarius być może nie okaże się pechowym, bo wreszcie grupa zabrzmiała, jak należy: jest nie tylko świetna produkcja, ale przede wszystkim chwytliwe, zaraźliwe wręcz melodie, wielogłosowe refreny, wyraziste solówki na gitarach i klawiszach. Wokalista TImo Kotipelto i pozostali muzycy najwyraźniej postanowili sprezentować publiczności to, czego owa publiczność oczekuje: melodyjnego power/symphonic metalu, polukrowanego odpowiednią dawką patosu. I tak ma być.


Dwie kompozycje z nowej płyty (w tym wspaniałe „Darkest Hours”, całkiem słusznie wydane na singlu) muzycy zaprezentowali w Polsce na koncercie, rozgrzewając przed Helloween. Zachęciły mnie one do nabycia całej płyty w ciemno i nie żałuję: krążek praktycznie nie schodzi z odtwarzacza. Zawsze mnie ciekawi, czy sąsiadom też się podoba. W każdym razie na początek proponuję „Darkest Hours” właśnie.



Na „Elysium” znajduje się osiem krótszych (4-6 minut) kompozycji oraz osiemnastominutowa suita tytułowa – i tu zacznę od końca, czyli od narzekania. Na ogół krytycy chwalą owe epickie dzieła, ale szczerze przyznam, że o ile lubię takie odjazdy w rocku progresywnym, to w metalu różnej maści po prostu mnie one nudzą i z chęcią pociąłbym je na kawałki, żeby się nie ciągnęły jak smród za wojskiem. Można by z osiemnastominutowego cielska wykroić kilka zgrabnych kawałków – najwyraźniej muzycy, starając się uchodzić za „ambitnych”, biorą trzy przypadkowe utwory i zlepiają je razem, żeby stanowiły coś w rodzaju całości – takie zaspokojenie próżności, że z chórem, z orkiestrą , zadęciem i wzdęciem. Co kto lubi.


Pomarudziwszy, przejdę do meritum, czyli do kawałków krótszych: po wspomnianym, otwierającym album i – wbrew tytułowi – optymistycznym „Darkest Hours” leci równie udane, hitowe „Under Flaming Skies” a po nim leci równie udane i równie atrakcyjne pod względem zapamiętywalności melodii i refrenu „Infernal Maze” – gdyby którąś z tych piosenek pograło radio… ale nie, nie pogra, bo pan z PKS-u przełączy na inną stację i słupki spadną. Z lekka przynudza balladowe „Fairness Justified”, ale po nim kolejna galopada w postaci „The Game Never Ends”, znów z chóralnym refrenem, rekompensuje niedostatki poprzedniczki. Niechże więc w przerwie poleci.



I tak do końca płyty. Nie jest to może album pod jakimś względem rewolucyjny i nowatorski, bo istniejący już od wielu lat Stratovarius wypracował sobie własny styl, ale najlepiej gdy właśnie w nim nagrywa płyty a nie eksperymentuje z… hm… no, że przytoczę tytuł utworu „Maniac Dance” z płyty „Stratovarius”. „Elysium” to album, na jaki czekałem, jaki otrzymałem i jestem z tego powodu bardzo zadowolony. Kontynuując, łomocące i oprawione efektownymi klawiszami „The Game Never Ends” brzmi jak ostatnie dokonania Helloween, Mroczne i podniosłe jest, okraszone partią prawdziwego chóru „Lifetime In A Moment”. Wywaliłbym nudziarskie „Move The Mountain”, ale ma przyjemną, rozbudowaną solówkę na syntezatorze. Ostatni z krótkich utworów, „Event Horizon” , to powerowa gonitwa i gitarowo/klawiszowe tirli tirli, ale hiciasta to pieśń, więc miło się słucha.


Album wydany jest w wersji standard a także w wersji deluxe, w którą się zaopatrzyłem: okładka cała pokryta jest hologramowymi esami-floresami, co znacznie utrudnia jej oglądanie i czytanie tytułów piosenek (trzeba ustawić odpowiednio pod światło), jako gadżety dołożone są jakieś tekturki z muzykami –nie wiem, co to miało być, może podstawki do piwa – ale najciekawszy jest drugi CD, z całą płytą w wersjach demo. Od początku do końca. Brzmi, oczywiście, znacznie gorzej, coś jakby nagrał ją polski zespół. A tak na serio, można prześledzić ewolucję, jaką przeszły utwory zanim znalazły się na zasadniczym krążku. Od różnic brzmieniowych do takich, że „Darkest Hours” ma zupełnie inny tekst. Ten bonusowy CD to ciekawostka dla fanów, ale cieszy.


Na koniec – klasycznie –wylew żółci. Ciekawe jest to, że gdy nowy album wydają np. Rolling Stonesi, AC/DC, Phil Ble Collins czy Motorhead – a nie ma co ukrywać, że przez całą swą karierę nagrywają jedną płytę i wydają dla niepoznaki pod różnymi tytułami (Phil Ble Collins nawet nie zmienia okładek) -odbywa się gremialne sranie z radości, że wspaniałe dzieło na miarę wspaniałych artystów itp. Gdy jednak jakiś wykonawca z innej parafii, a już nie daj Boże z tak niemodnego poletka jak hejwi metal, ośmieli się nagrać płytę w swoim stylu, jest to wtórne, godne pogardy i świadczące o stagnacji a nawet o cofnięciu się w rozwoju. Nie mówiąc już o tym, że gdyby teraz taka Lady Gaga nagrała puszczanie przez siebie gazów a na to nałożyła „Requiem” Mozarta, puszczone od tyłu, okrzyknięte zostałoby to rewolucyjną, postmodernistyczną manifestacją wolności artystycznej. Ale w dzisiejszych czasach król nie jest nagi –a szkoda.


PS Z ciekawości zajrzałem, co piszą o płycie w Internecie inni. No więc znaczna część recenzji to takie typowe, tradycyjne mendzenie tych samych kmiotów (ups, przepraszam, „true fanów”, dla których Metallica skończyła się na „Kill’em All”), którzy za szczyt znawstwa poczytują sobie powielanie od lat cudzych wypowiedzi na temat różnych wykonawców w stylu „to już nie to sam Helloween co z Michaelem Kiske”, „to nie ten sam Marillion co z Fishem” i „to nie ten sam Stratovarius” co z Timo Tolkkim (przy czym nie słyszeli ani jednej płyty). Jasne, cholera, że nie ten sam, skoro Tolkki pisał lwią część materiału i nagle go nie ma. Dla spragnionych Tolkkiego pozostaje jego autorski projekt, Revolution Renaissance (z gościnnie wyjącym Michaelem Kiske na wokalu, hehe, ale wokalnie to już nie ten Kiske, co w Helloween, prawda?). Zamiast marudzić mogliby tacy kupić płytę i posłuchać albo poddać się eutanazji, co by im cierpienia młodego Wertera przeszły jak najprędzej. Zresztą, ja się nie znam.

Dla wszystkich – na uspokojenie - „Lifetime In A Moment”

Warszawa, jakiej nie było

W 1984 roku "Stolica" opublikowała serię wizualek z różnych epok, prezentujących mniej lub bardziej napraną fantazję architektoniczną różnych osobników, wyżywających się na mieście mym rodzinnym. Oto kilka przykładów Warszawy, jakiej nie było:


Jan Knothe - Plac Zbawiciela (1950)


Paweł Wędziagolski - sala dworca kolejowego (1929)


Romuald Miller - Dom Ludowy (1928)



Lech Józef Niemojewski - Plac dzielnicy handlowej (1925)


Adam Idźkowski - Plac Zamkowy (XIX w)



Jakub Kubicki, rys.Zygmunt Vogel - panorama Warszawy



Dominik Merlini -Plac Zamkowy (1776)

czwartek, 27 stycznia 2011

Maciej Balcar, "Ogień i woda", Pomaton 2010



Maciej Balcar znany jest przede wszystkim jako trzeci i obecny wokalista zespołu Dżem. Wcześniej, w latach dziewięćdziesiątych, dał się poznać szerszej publiczności albumem „Czarno” (1998), z którego piosenka tytułowa i kilka innych pojawiły się w mediach. Rewolucji nie zrobiły, ale dzięki nim Balcar zaistniał szerzej, potem wystąpił w „Jesus Christ Superstar” aż w końcu zastąpił Jacka Dewódzkiego w Dżemie. Obecnie wskrzesza – w pewnym sensie – „karierę” solową, wydając album „Ogień i woda”.

Od razu się wytłumaczę: kupiłem ten krążek z jednego powodu. Nie jestem ani wielkim fanem zespołu Dżem (posiadam dwie płyty, najnowszą i poprzednią), ani jakoś nie wiedzie prymu w mojej kolekcji muzyka knajpiano- hippisowsko-akustyczna (a taką artysta był uprzejmy zaproponować), ale najzwyczajniej w świecie bardzo podoba mi się brzmienie głosu Balcara i trochę mi szkoda, że ów marnuje ten dar na takie nędzne nagrania, bo dobrych śpiewaków z głębokim, męskim głosem niewielu istnieje medialnie w naszym pięknym kraju. Zapewne są to piosenki dla niego w jakiś sposób ważne, ale „Ogień i woda” miejscami przypomina niezobowiązujące, pubowe słuchadło, względnie ogniskowy rock – w zasadzie sam nie wiem, jak scharakteryzować twórczość Macieja Balcara. Nie żeby była jakaś tragedia, ale wolałbym słyszeć go w bardziej dynamicznym repertuarze.

Może zacznę od tego, że płyta jest niezupełnie nowa pod względem repertuarowym, ponieważ zawiera kilka znanych już z płyty „Czarno” piosenek, nagranych na nowo („Czarno”, „Komu bije”, „Viga”, „Moja rozmowa”), jak również utwór, który na „Czarno” nie wszedł, ale w radiu grany był („Czy to widzisz?”) i jedną przeróbkę, o której potem. Piosenki stare niewiele odbiegają od wersji z płyty sprzed trzynastu lat, ale widocznie albo zabrakło pomysłów, albo artysta chciał je po prostu przypomnieć. Fakt, że pozostawia nas to z zaledwie sześcioma nowymi kompozycjami.


Nowe piosenki, no właśnie… Przede wszystkim mają bardzo ładne melodie. Bez większego wysiłku Balcar potrafi przedstawić wpadające w ucho zwrotki i zapamiętywalne refreny („Niewysłany list”, „Popiół i diament”). Niestety, końcowy efekt psują teksty oraz produkcja, zmiękczająca całkowicie brzmienie. Coś jakby producent płyty postanowił w ostatniej fazie miksowania obciąć jej jaja. Nawet w bardziej dynamicznych momentach („Siedem zdjęć”, „Ogień i woda”) gitary i perkusja są tak niemiłosiernie sprasowane w bezładną glamzę, żeby przypadkiem nie wyróżniały się na tle reszty i żeby można było puścić je o każdej porze w radiu. Proponuję w przerwie na kawę/wódkę/denaturat najbardziej dynamiczny, tytułowy kawałek z albumu:



Od strony tekstowej jest, mówiąc eufemistycznie, dość średnio – poza dwoma przypadkami (Norwid, Grechuta) teksty autorów, piszących dla Balcara, oraz jego samego, są, jakby to delikatnie ująć, dyskusyjne jakościowo. Zakochane licealistki będą zachwycone, ale znów się powtórzę: można było ten świetny głos lepiej spożytkować. Melancholijna grafomania może dobrze brzmiałaby w ustach emo-chłopaczków, ale czterdziestoletni Balcar w zwierzeniach, zahaczających o problemy egzystencjalne z listów do „Bravo”, wypada kuriozalnie. Może, by nie być gołosłownym, przytoczę kilka cytatów:

Czerwone słońce, szminki ślad, jesienny deszcz i słowa na wiatr
Niepokojąco słona łza, codzienny lęk i płonący strach
Pocztówka "kocham", T-shirt w sny, bilety dwa na francuski film
Góra obrazów,rzeka chwil, zapytaj mnie co zostało z nich ("Niewysłany list")

Twoje oczy wielką falą moją głowę zalewają
Moje oczy zapalają w środku nocy Twoje ciało
Ja to ogień,Ty to woda, ty masz powódź,ja mam pożar
Tobą żyją oceany, ze mną rodzą się wulkany ("Ogień i woda")

Co cię ciągnie,co cię gna
Odpowiedz sobie,po co te płacze nocą
Jesteś smutna,jesteś zła
I jedno tylko wiem: Jest gorzej z każdym dniem ("Stop!")

„Ogień i woda”, moim zdaniem, to płyta świetnie zaśpiewana, średnio zrealizowana i fatalnie napisana.


Ciekawa jest komercyjna strona całego przedsięwzięcia: album ukazał się właściwie równolegle z nową i długo wyczekiwaną płytą Dżemu, co automatycznie oznaczało, że niewiele osób po niego sięgnie. Z drugiej jednak strony być może Balcar liczył na to, że ludzie zaopatrzą się w krążek, rozpoznawszy w nim wokalistę Dżemu właśnie. Trudno powiedzieć.


Drugim dziwacznym zabiegiem promocyjnym jest wytypowanie na singiel utworu zupełnie odmiennego charakterem od reszty piosenek z płyty. Jest to przeróbka piosenki Marka Grechuty „Wolność” z potwornej płyty „Dziesięć ważnych słów”, podana w konwencji reggae. Odważna aranżacja, jednak nie bardzo rozumiem, czemu krążka nie promuje jedna z nowych kompozycji Balcara. Znów brak pomysłów i niewiara we własny repertuar? Chyba że płytę wydał czysto hobbistycznie, z założeniem że nie sprzeda się ona w żadnym sensownym nakładzie i że zaspokoi swą próżność, mając znów krążek ze swoim nazwiskiem na półkach sklepowych. Naprawdę, polska fonografia jest zjawiskiem nieodgadnionym.


W wywiadach Balcar opowiadał, że płytę nagrał, bo umożliwił mu to burmistrz jego rodzinnego Ostrowa Wielkopolskiego, który uczynił Balcara „Twarzą miasta 2010” i przysponsorowało owo miasto wydanie tego CD, a stare utwory w nowych wersjach zamieścił, bo płyty „Czarno” w sklepach się już nie uświadczy. Cóż, niby każdy powód jest dobry.


Tu teledysk do piosenki „Wolność”, poprzedzony krótkim wstępem ze strony samego zainteresowanego:




Płyta wydana została w estetycznym digipacku, z książeczką znów na siłę przyklejoną przez wydawcę do pudełka. Inna sprawa, że zamieszczonych w niej tekstów nie chce się czytać.

Na spacerek do Ujazdowskiego?

Że zimno? Że buro? Jest styczeń, co w tym dziwnego? Gdyby spadł kiedyś w lipcu śnieżek niebieski, to rozumiem.

Poszedłem ja więc styczniową porą do mojego kochanego parku i - mimo szarości - machnąłem parę fotek, bo co mi szkodzi. Po drodze minąłem kilka grup młodzieży w wieku od gimnazjum do studiów, wesoło podskakującej na mrozie, ale za to z prawie całymi tyłkami na wierzchu. Życzę udanego przeszczepu nerek.




Mrożonki Hortexu zawsze w modzie.




Informacja dla zainteresowanych zadaniem pytania: nie, nie przeszedłem po alejce z szufelką i nie wydrapałem wzorków przed zrobieniem zdjęcia.





PS Jak jeszcze zobaczę debilnych prezenterów pogody, szczerzących się w bezmyślnym uśmiechu z tekstem "będzie cieplej: już niedługo plus trzy stopnie", to nie wiem co zrobię, ale gdybym wiedział, że jak chlusnę wrzątkiem w telewizor, to przeleci na drugą stronę... Lepsze minus trzy niż plus trzy, ale widocznie niektórzy wolą zgniłe błoto. Niech się w nie rzucą i wytarzają a potem zaczną leczyć na nogi, bo na głowę już za późno.

środa, 26 stycznia 2011

Zima drobiową porą. Przepraszam, drób zimową porą.

Znów trochę drobiowych maszkar, plączących się na moście Śląsko-Dąbrowskiego Kierbedzia (ten przycupnięty zafajdaniec) i w Ogrodzie Saskim.

Fascynuje mnie w miejskim ptactwie pewne zjawisko i może zgłoszę się do psychologa albo do Superniani czy innego autorytetu (np. do jakiejś pogodynki z TVN, pełno tego wszędzie):

Dlaczego, skoro wstręt we mnie budzą gołębie, bo srają na pomniki (i nie tylko) i roznoszą zarazki, to nie budzą we mnie wstrętu wróbelki, kaczki, łabędzie, kawki, sikorki, sroki a nawet kruki czy gawrony? Może to jakieś wewnętrzne uprzedzenie a nie racjonalny dystans? Jeśli tak, obiecuję, że od następnego zetknięcia będę tak samo nie lubił wszystkich pozostałych ptaków.


Aha - jeśli jestem w zoo w jakimś mieście, oglądam właściwie wszelkie zwierzęta (koniowate, rybki, płazy i gady, robactwo itp) a ptaki obojętnie omijam. "Ptaki" Hitchcocka za to uwielbiam. Lubię także kurczaki, szczególnie pieczone.


Ornitologów maści wszelakiej zachęcam do dyskusji; na koniec można porzucać się pierzem z poduszek.






poniedziałek, 24 stycznia 2011

Siatkarka NIE działa

(Tu miał być bluzg inicjalny). Uwielbiam takie megahurralne podniecanie się, że coś się tam w Warszawie stało. Tylko po gremialnym zwaleniu konia okazuje się, że jak już podjarka minęła, to można wszystko zostawić w cholerę i niech się rozkłada na czynniki pierwsze.


Tak było z siatkarką - neonem na placu Konstytucji. Ile było w 2006 radosnego onanizmu, że siatkarka, że po latach działa, że super, och i ach. Minęło pięć lat (a nawet cztery, bo filmik nakręciłem jesienią 2010) i co? I niewiele z siatkarki zostało. Neon, który z wielkim medialnym nagłośnieniem wrócił na plac, jest na najlepszej drodze, żeby z niego wylecieć. Obecnie "siatkarka" to beznogie monstrum, rzucające piłką, która pojawia się i znika, bo część neonów, przedstawiających piłki, też przestała świecić.


Nie wiem, co inni sądzą, ale jak dla mnie to jest neon, który nie działa. Poniżej - siatkarka w wersji z listopada 2010.





Ale widocznie nie ma się czym przejmować, w końcu tyle ładnych neonów mamy w Warszawie...

niedziela, 23 stycznia 2011

Silver Samurai - Back To The 80's 2009/2010



Szanowni Państwo,

Jeśli następujące nazwy – Def Leppard, Cinderella, Motley Crue, Poison, Van Halen – budzą w Was obrzydzenie, nie czytajcie dalej. Szanuję Wasz czas i lojalnie uprzedzam. Jeśli natomiast znacie takie nazwy jak Fatum, Person, Syndia i kojarzą się Wam pozytywnie – czytajcie.

Ci, którzy jeszcze się nie zdecydowali, niech sobie włączą piosenkę:


Kto ma banana na twarzy, niech czyta i słucha dalej. Komu zielenieje lico i szuka nerwowo torebki chorobowej – nie kontynuuje przygody z SS (ładny skrót, swoją drogą).

Na fali nostalgii za latami osiemdziesiątymi pojawiają się w sprzedaży mniej lub bardziej dziwaczne płyty zespołów, starających się brzmienie owych lat wskrzesić. Czasem są to nagrania nowoczesne, jedynie z naleciałościami typowymi dla produkcji sprzed dwóch dekad, a czasem odnosi się wrażenie, iż wykonawcy celowo sprokurowali produkt, który ma udawać coś, co mogłoby równie dobrze pojawić się w tamtych czasach i nikt nie zauważyłby różnicy – „Back to the 80s” należy zdecydowanie do tej drugiej kategorii. Na szeroko pojętym zachodzie takie grupy nie należą obecnie do rzadkości, jednak na naszym skromnym, czterdziestomilionowym ziemniaczano-buraczanym poletku takie formacje jak Silver Samurai są w pewnym sensie zjawiskowe.

Silver Samurai swój album „Back to the 80s” wydali po raz pierwszy w niewielkim nakładzie, własnym sumptem, dwa lata temu. Nakład rozszedł się i obecnie płyta ukazała się raz jeszcze, jako dodatek do metalowego magazynu „Hard Rocker”. Od razu mówię: to nie ma być Wielka Sztuka. To z założenia muzyka stricte rozrywkowa, nawiązująca do wieśniackiego nieco hard rocka i pudel-lakier-mejkap metalu sprzed dwudziestu paru lat , jajcarska, trochę do potupania nogą, do piwa i do powspominania (dla starszych), jak to fajnie było w latach osiemdziesiątych, gdy tego typu twórczość była na porządku dziennym a nie w niszy.

Okładka jest komiksowo-fatalna (gorsza jest chyba tylko „Mania szybkości” Fatum – nawiasem mówiąc, znakomity album), ale to też część konwencji: autostrada donikąd, komiksowa limuzyna i równie komiksowa panienka, której kształty wypełniają kostium z amerykańską flagą. W zasadzie może i dobrze, że okładka jest taka: kogo ma odstraszyć, to od razu odstraszy. A obeznani w temacie będą wiedzieli, czego oczekiwać…

Przede wszystkim zaskakująca na płycie jest wysokiej jakości produkcja. Po niskobudżetowym wydawnictwie oczekiwałbym garażowego dudnienia, łomocących basów, plastikowej perkusji i koślawych wokali. A tu – nic z tych rzeczy. Dźwięk selektywny, wszystko soczyste, produkcyjne smaczki i nakładki świetnie słyszalne. Grupa brzmi właściwie jak mieszanina wszystkiego, co wymieniłem w pierwszym akapicie, może miejscami z niewielkimi naleciałościami „polskiego rocka lat osiemdziesiątych” typu Lady Pank czy Oddziału Zamkniętego, ale zdecydowanie w mniejszej proporcji niż formacji wyżej wymienionych. Wokalista brzmi jak kuzyn Joe Eliotta, Axla Rose i Krzysztofa Jaryczewskiego (wersja przednałogowa) razem wziętych. Na dyszkę mamy siedem polskich utworów i trzy niestety po angielsku – niestety, bo akurat wymowa wokalisty nie jest atutem. Ale tego, co lepsze, jest na szczęście więcej. Zapodane przeze mnie fragmenty z YT nie są może powalającej jakości, ale z CD brzmi to zdecydowanie bardziej profesjonalnie.


Drugim – poza realizacją dźwięku, a w zasadzie to pierwszym – atutem albumu jest jego przebojowość. Żwawe, rytmiczne kawałki z wpadającymi w ucho refrenami, nadającymi się do wspólnego śpiewania, to rzadkość na polskich płytach. Albo mamy jęczące panienki z niekończącym się PMS, albo alternatywnych maczo z cyklu „jestem groźny, jestem zły i mam bardzo duże wszy”, a radosnego hard rocka z przymrużeniem oka – ni kuta, bo my sieriozny naród jesteśmy i możemy się tylko użalać i umartwiać a bawić się nie wypada. Co by nie być gołosłownym - ten utwór rozpoczyna płytę:


Od razu w oczy i uszy rzucają się „Na zawsze szaleni”, „Ogień”, „Nie zmienisz mnie”, „Bestia miłości” czyli początek płyty. Później też nie jest źle, choć miejscami bolą teksty (natrętna erotyka, choćby w „69 pocałunków” czy wspomniana już angielszczyzna wokalisty). Najsłabiej wypadła ballada, obowiązkowa na każdej tego typu płycie („Alone”) – sztampowa, ze słyszanymi już miliard razy zagrywkami. Nawet na twórczo-odtwórczej płycie słucha się jej kiepsko, zwłaszcza w połączeniu z „polskim” angielskim frontmana.

I najlepsze: to nie jest tak, że tę grupę stworzyło grono czterdziestokilkulatków, opłakujących utraconą młodość, utracone włosy i utracone powodzenie wśród płci pięknej. Silver Samurai to kilku młodych gości z Tychów i Katowic, którzy – dorastając w tych czasach – właśnie taką muzykę wybrali. Chwała im za to, bo pewnie żyć zawodowo z tego nie będą (choć, nie powiem, życzę im tego z całego serca), ale sam fakt, że nie podłączyli się pod cierpiętniczo-siermiężny styl polskiej sceny rockowej, zasługuje na oklaski.


I może na koniec:

Grupa na razie nie dorobiła się teledysku. A szkoda – mogłoby być wesoło.
PS Udaję, że nie słyszałem tekstu: „Come on Lucy, you’ve got a pussy, you’re a rocker, not cocksucker” –no sorrryyyyyy!!!

UW dla wszystkich, ale...

...ASP jest naprzeciwko.

Brama główna Uniwersytetu Warszawskiego, Krakowskie Przedmieście
22 stycznia 2011

Przerwa na bajnajcik

Większość ludzi nie lubi zimy, bo jest im zimno. Trudno, ich to zmartwienie. Ja z kolei lubię zimę, ponieważ innym ludziom jest zimno i ich to wpienia. A poza tym zima jest bardzo ładna, fotogeniczna itp. – ma tylko jedną wadę: zbyt wcześnie robi się ciemno. Gdy wychodzę z pracy, jest praktycznie noc i nie mogę robić zwykłych zdjęć. Ale dzięki temu mogę wprawiać się w jeździe bez trzymanki, czyli cykaniu bajnajtów z ręki. Latem nie chce mi się łazić do późna po mieście i czekać aż łaskawie zrobi się ciemno (choć co roku zarzekam się, że wreszcie sfotografuję podświetloną fontannę w parku Rydza i jakoś od początku jej iluminacji nie udało mi się). A zimą – proszszszszsz.








sobota, 22 stycznia 2011

Nie pajacuj XV

Pajac był, jest i będzie. I niech go nikt nie śmie zabudowywać szklanymi prąciami. On nadal tam będzie, niezależnie od tego, jak grubą warstwą architektonicznego kału się go zakryje. Bo, pardon, ale to, co widziałem do tej pory na wizualkach, świadczy o tym, iż ich twórcy są (fakultatywnie):
- niewidomi
- obłąkani
-2 w 1

Ale że zdarza się, iż władzę ustawodawczą sprawują miejscami osoby o różnych zapatrywaniach i różnym stopniu zaniku szarych komórek, cieszmy się Pajacem, póki go widać. Nawet, jeśli nocą bywa w kolorach lalki Barbie albo wściekłego szpinaku.