piątek, 14 października 2011

HAMMERFALL „Infected”, Nuclear Blast 2011


Hammerfall do niedawna kojarzyli mi się z powermetalową galopadą, paroma fajnymi przebojowymi kawałkami („Hearts On Fire”, „Blood Bound”) i nudnymi jak flaki z olejem albumami, na których poza dwoma-trzema przebojami znajdowały się nędzne wypełniacze, mniej lub bardziej dudniące. Bez melodii, bez pomysłu. Nowym albumem, „Infected”, grupa postanowiła po pierwsze oddalić się ździebko od uprawianego dotąd stylu, po drugie chyba poszła po rozum do głowy i pomyślała nie tylko o dwóch singlach, ale i o reszcie albumu. Warto było.

Uwagę zwraca już okładka, na której brak „maskotki” zespołu, Hectora. Wprawdzie die-hard-true-fani zapewne tną się z rozpaczy plastikowymi widelczykami od kebabów, ale mnie tam nowa szata graficzna odpowiada. Nawiązuje, a i same kompozycje także, do horrorów, w których skażenie radioaktywne powoduje pojawienie się zombie. Opuszczone miasto, zakrwawione łapska, rozplaskujące się znienacka na szybach, dziwne tablice ostrzegawcze i takie tam. W tej stylistyce utrzymany jest też promocyjny klip do utworu „One More Time”. Daje on dobre pojęcie o zawartości „Infected”.





Płyta zaczyna się bardzo stylowo: alarm radioaktywny, syreny, ostrzeżenie o skażeniu i nakaz ewakuacji oraz odliczanie do całkowitego skażenia… a potem niespodzianka w postaci “Patient Zero”. Zniknęły lukrowane chórki (tzn. chórki są, ale już nie tak przesłodzone, jak kiedyś) i galopada, nadeszły mocne, ciosane riffy, którym bliżej do klasycznego hard & heavy. Powerowa, łomotliwa solówka z przyspieszeniem, pojawia się wprawdzie na moment pod koniec nagrania, ale później wraca do pierwotnego, walcowatego tempa. Następny w kolejce jest drugi singiel , „B.Y.H. (Bang Your Head)”, z riffem przypominającym dokonania Iron Maiden lub nawet Ritchie Blackmore’a zanim ten uciekł do lasu – znów mamy przebojowy refren, jeden z wielu na „Infected”. Kolejnym hiciorem z płyty jest „The Outlaw” i szkoda że to nie on został wybrany na singiel – „sam się” nuci się od pierwszego przesłuchania. Przykuwa uwagę także „I Refuse” z chwytliwym zaśpiewem w refrenie (któremu, moim zdaniem, trochę brak rozwinięcia, ale dobre i to). Fajnie słucha się „Let’s Get It On”, które jest w pewnym sensie stylizacją na nagranie live (publiczność, klaszcząca na początku) i faktycznie na koncertach mogłoby się sprawdzić. Monumentalne zakończenie płyty stanowi sześciominutowe „Redemption”, w którym gitarowy riff wspomagany jest klawiszami a sama wielowątkowa kompozycja zwieńczona jest wspaniałym refrenem.





Pozostałe utwory nie odstają tak bardzo, jak dotychczasowe fillery na albumach Hammerfall. Mamy balladowe „Send Me A Sign”, przyjemnie, ale nie powalające. Przyzwoity jest dynamiczny „Dia de los muertos”, w którym irytuje mnie owa linijka wyśpiewywana po hiszpańsku. Niby-orkiestrowe klawisze wyczarowują klimat grozy w „666 – The Enemy Within”, gdzie niestety tekst jest miejscami bardziej niż żenujący („six six six, grab the holy crucifix” itd.) a wokalista niezwykle wysoko pieje w „Immortalized”, wspomagany przez bohaterskie chóry.
Produkcja przypomina dwa ostatnie dokonania Iron Maiden – jest surowo, ale nie topornie. Z tym że na płycie Hammerfall kompozycje są krótsze niż trzy godziny. Jeśli odzywają się klawisze lub chórki – a odzywają się raz na jakiś czas – nie dominują całości. Prym wiodą gitary, bas i perkusja, czyli esencja rocka w czystej postaci. Wokalista także świetnie wywiązuje się ze swojej roli. Za większość materiału odpowiadają frontman Joacim Cans i gitarzysta Oscar Dronjak.

Wydanie limitowane zaopatrzone jest w dysk DVD „All Guts, No Glory” z pięcioma utworami, nagranymi – według informacji na okładce – na żywo w studio. Bujda na resorach: zespół, owszem, stoi w studiu, ale giba się do playbacku, co widać zwłaszcza, gdy odzywają się chórki. Miałoby to sens, gdyby faktycznie utwory te (pięć pierwszych z płyty) zostały zagrane na żywo, ale muzycy, udający że grają do podłożonego z płyty dźwięku, wypadają z deczka żenująco. Zamiast tego można by wrzucić tam nowy teledysk, ale widać, ktoś miał inną koncepcję... Inna sprawa, że będzie można sprawdzić naocznie i nausznie, jak Hammerfall wykonują na żywca nowy materiał, bo w listopadzie koncert w Warszawie.




P.S. Album, jako rozkładany digipack, był oczywiście zapakowany w folię. A gdzie wydawca umieścił naklejkę, informującą, że DVD można oglądać od 12 roku życia wzwyż? Nie, nie na folii. Bezpośrednio na okładce płyty. Brawo.

3 komentarze:

  1. A ja tam najbardziej lubię "Legacy Of Kings". Jedyneczka też ujdzie. Od czasów "Renegade" Hammerfall już mnie w ogóle nie pociąga. Była mała przerwa na "Crimson Thunder" ale to taka ABBA z gitarami i w zasadzie szybko o tej płycie zapomniałem... Co do nowej no to tradycyjnie jakoś niespecjalnie mnie zachwyciła...

    OdpowiedzUsuń
  2. No właśnie, z tym nowym albumem to jest tak, że zwolennikom dotychczas wydanych raczej się nie spodoba. Natomiast jeśli kogoś wkurzały pewne elementy stylu Hammerfall z poprzednich płyt, jest szansa że nowy krążek bardziej takiemu słuchaczowi podpasuje.

    OdpowiedzUsuń
  3. No, fejk niezły z tym 'na żywym' materiałem (perka na końcu legnie, no i te chórki, których fizycznie brak) - w całości przypomina mi to dokonania śp. Dio, choć bez tego pazura w głosie. Akurat osobiście podoba mi się wspomniany "Redemption" - zgrabna rzecz.

    OdpowiedzUsuń