czwartek, 6 października 2011

DORO Progresja, 4 października 2011


Kto widział ten wie… blondynka w skąpej zbroi z mieczem, walcząca z potworem – tak wygląda większość okładek niemieckiej gwiazdy metalu, Doro, która swą karierę rozpoczęła z grupą Warlock a potem działała już na własny rachunek. Doro Pesch może wygląda jak matka Doro Rabczewskiej, ale w przeciwieństwie do naszej rodaczki może pochwalić się sporą ilością znakomitych przebojów, które wylansowała bez obnażania narządów rodnych (okładki płyt Doro to wprawdzie tandeta rodem z kioskowego fantasy, ale tu przynajmniej artystka jest wierna swojemu wizerunkowi i konsekwentnie eksploatuje różne czynniki, składające się ostatecznie na image blondyny, która obrabowała sklep Beate Uhse). Na koncerty Doro w Niemczech czy w Szwecji stawiają się większe ilości fanów niż u nas, ale nie wynika to z faktu, iż Polacy lepszy gust mają i wstrętnych metalowych cudaków nie lubią. Bo nie mają, w każdym razie skoro tłumy walą na jakiegoś Shauna Bakera to na pewno coś jest nie tak.

W każdym razie Doro zawitała do naszego kraju po raz pierwyj - kiedyś miał się odbyć koncert w Krakowie, ale z nieznanych mi przyczyn został odwołany. Tegoroczny zorganizowano w potwornym miejscu, zwanym Progresją, które jednak z postępem nie ma nic wspólnego – wygląda jak wysypisko śmieci, w które pieprznęła bomba. Jedynym świadectwem rozwoju jest fakt, iż nie śmierdzi tam obecnie tak, jak śmierdziało kiedyś (gdy nie było zakazu palenia, ludzie jarali wszędzie, z widownią włącznie, i najbardziej wpieniało mnie to, że nikt ich za to nie gonił –smrodzenie wykonawcy pod nosem uważam za zwykłe chamstwo, równie dobrze można by opuścić gacie i się wysrać, „bo się akurat zachciało”).

Przed Doro wystąpił tragiczny zespół włoski Merendine, z wokalistą, przypominającym zawodnika sumo. Muzyka też była wagi ciężkiej, tzn ciężko było tego słuchać – jakieś połączenie czkawki po Biohazard z czkawką po Fear Factory. Grupa ma już na koncie kilka albumów a brzmi jak amatorski zespół garażowy, podniecający się nawalanką w stylu lat dziewięćdziesiątych. Wokalista nawet ma gardło, ale repertuar spowodował, że musiałem zaczerpnąć uryny, sprzedawanej w klubie jako piwo. Po siedmiu utworach – trzeba przyznać, nieźle jak na support nagłośnionych – Merendine wykonali najlepszą rzecz w swoim dorobku: zeszli ze sceny.


Doro wyszła na scenę nieco po dwudziestej pierwszej i porwała publikę od pierwszych taktów „Earthshaker Rock” z repertuaru Warlock. Wokalistka wygląda chyba lepiej niż dwadzieścia lat temu: szczupła, nienaganna figura (i co trzeba tam gdzie trzeba, co podkreślał skórzany strój), uśmiech na twarzy i znakomita forma fizyczna i wokalna. Biegała po scenie, robiła headbanging, skakała i śpiewała bez zadyszki, bez fałszów i kiksów. Byłem pełen podziwu –widać, że dba o siebie i zapewne szkoli głos, inaczej nie grałaby na takim luzie przez ponad półtorej godziny. A na pewno udzielił jej się entuzjazm nielicznej, ale za to bardzo oddanej publiczności, która co piosenkę skandowała imię artystki, każdy kawałek śpiewała wraz z nią, pod koniec nagradzała wielkimi brawami, a przy utworach skakała, machała łapkami złożonymi w diabełka i robiła młynek pod sceną.

Prócz wspomnianego otwieracza tego wieczora można było usłyszeć sporo utworów Warlock, ponieważ trasa Doro to jednocześnie świętowanie jej ćwierćwiecza na scenie. Były zatem „I Rule The Ruins”, „Burning The Witches”, „Fight For Rock”, “True As Steel”, “Metal Racer”, “Metal Tango”, “Hellbound”, “Fur Immer”, “East Meets West” i, oczywiście, nieśmiertelne “All We Are”. Poza tym z repertuaru własnego artystka przedstawiła “Unholy Love”, balladowe “Love Me In Black”, fajne “Night Of The Warlock” z ostatniego albumu, „Burn It Up” i „Haunted Heart” a także zupełnie nowy utwór, przebojowy i obdarzony nośnym refrenem “Raise Your Fist”, który od drugiego refrenu skandowała już cała publiczność. Setlistę uzupełniły przeróbki Skyline („Wacken Hymne” ze słynnego festiwalu, znane szerzej jako „We Are The Metalheads”) oraz Dio („Egypt”, które Doro nagrała kiedyś na album w hołdzie Ronniemu). Nagłośnienie było całkiem niezłe, selektywne brzmienie i doskonała forma muzyków spowodowały, że publiczność szalała praktycznie przy wszystkich kawałkach. Ja także wyskakałem się i wyszedłem niemal jak po saunie.

Wokalistka przez cały czas była uśmiechnięta, złapała fantastyczny kontakt z publicznością, zagadywała, żartowała, wyczarowała rewelacyjną atmosferę, dzięki której publika przebrnęła bezboleśnie nawet przez solo perkusyjne. Niby nic wielkiego, ale niektóre gwiazdy a raczej eks-gwiazdy (np. W.A.S.P.) po prostu odgrywają swój koncert bez poświęcania publiczności najmniejszej uwagi, a klasę można poznać, gdy dla garstki (bo połowa klubu Progresja to nie jakieś straszne tłumy) widzów wykonawca robi prawdziwe, profesjonalne show i wkłada całe serce w to, by ci, którzy przybyli, zapamiętali ten wieczór jak najlepiej.

Tu fragment występu z rodzinnych Niemiec, przy nieco większym audytorium:




6 komentarzy:

  1. Na koncertach i festiwalach niemieckich jest... dziwnie - z jednej strony ludzie wyglądają jak z innej planety, z drugiej są nastawieni raczej przyjaźnie - w każdym razie tego swojego przysłowiowego ordnungu nie wyzbywają się nawet tam. Doro nie znam, ale już się cieszę na kolejny festiwal w kwietniu (Keep It True) na polach pod Frankfurtem.

    OdpowiedzUsuń
  2. Wspaniale musiało być! Jedna z nielicznych Twoich recenzji, na której nie czepiasz się artysty i nie wytykasz mu błędów czy potknięć ;)
    Nigdy nie słyszałem (albo słyszałem i już nie pamiętam) Warlock czy samej Doro (chociaż oczywiście okładki doskonale kojarzę, bo działały na wyobraźnię), ale przez tyle lat ta kobieta jest wierna temu co robi, że już to budzi podziw. No i bardzo miło, że nie zniechęciła się niewielkim audytorium. Faktycznie - prawdziwa klasa, tym bardziej, że nie jest to już młoda dziewczyna.

    OdpowiedzUsuń
  3. @ I am I - nie przepadam za festiwalami, z tego samego powodu dla którego nie chodzę na filmy trwające powyżej 2h. Po prostu mam ADHD i nie jestem w stanie wyrobić w jednym miejscu.

    @Rock 60-70 -wszystkie wpadki i niedociągnięcia załatwił support. A koncert wyśmienity, istotnie.

    OdpowiedzUsuń
  4. Prawdziwa pro(fesjonalistka) - bez żadnych ansów :)
    A na ADHD to nie ma jak festiwal właśnie - tam się nie da usiedzieć (ani nawet ustać) w jednym miejscu. Ja zresztą też nie przepadam, ale jak się nie ma co się lubi (koncert klubowy), to się trzeba przeprosić z festiwalami.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja też nie chodzę do kina, ale nie dlatego, że mam ADHD, ale dlatego, że po godzinie siedzenia zaczyna mnie bulić d.... Zawsze te fotele są jakieś twarde :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Grrrrr...miało być 'boleć', a nie bulić! Bez błędów, przejęzyczeń się nie obejdzie.

    OdpowiedzUsuń