niedziela, 30 października 2011

ALICE COOPER „Welcome 2 My Nightmare” Universal 2011




Chyba nie ma lepszej postaci show businessu na Halloween niż Alice Cooper. Artysta właśnie wydał album „Welcome 2 My Nightmare”, będący sequelem „Welcome To My Nightmare” z 1975 roku i – istotnie – udało mu się nagrać rzecz przerażającą. Choć może nie o takie przerażenie chodziło.


Od razu powiem, że mniej przepadam za Alicem z lat 70 (choć to właśnie wówczas wykreował swój charakterystyczny, demoniczny wizerunek i styl muzyczny, plasujący się gdzieś między rockiem a musicalem) a wolę zdecydowanie Coopera pudlowo-metalowego z lat 80/90. Niestety, artysta po kilku niezłych płytach - np. „Trash”, „Hey Stoopid”, „Brutal Planet” i „Dragontown” – postanowił wrócić do korzeni i nagrywać rzeczy lekkie, mniej gitarowe, z dęciakami, pianinem itp. I z płyty na płytę było coraz lżej, a przy tym, i to niestety najistotniejsze, mniej ciekawie. „Dirty Diamonds”, „The Eyes Of Alice Cooper” czy „Along Came The Spider” zlewają mi się w jedną musicalowo-rockandrollową glamzę i słuchanie ich, mówiąc delikatnie, mało ekscytuje. Brak wyrazistych hitów i chwytliwych melodii spowodował, że właściwie zignorowałem większość ostatnich poczynań Coopera aż do momentu, gdy dowiedziałem się, że szykuje kontynuację „Welcome To My Nightmare”. Oryginalny album opowiadał historię chłopaka, Stevena, który miał różne koszmary senne. Na nowej płycie miało być podobnie: straszne sny i muzyka, nawiązująca do brzmienia lat siedemdziesiątych. Zazwyczaj takie powroty do źródeł oznaczają brak pomysłów, połączony z brakiem pieniędzy na wódkę, ale stwierdziłem, że nie będę się uprzedzał, póki nie usłyszę. No i posłuchałem.





Partia pianina w otwierającym zestaw „I Am Made Of You” nawiązuje do kompozycji „Steven” z pierwotnego albumu. Jest demonicznie, niepokojąco, ale prawdziwy horror zaczyna się w momencie, gdy odzywa się głos Coopera… przepuszczony przez wokoder. Na początku myślałem, że to nie ta płyta, że może włożyli mi Ushera albo co, ale niestety to ta płyta. Paradoksalnie, utwór od strony muzycznej jest jednym z lepszych na albumie: gdy stopniowo narasta i głos Coopera pozbawiony jest zniekształceń, można docenić dramaturgię kawałka, finezyjnie zaaranżowanego, wręcz epickiego. Niestety, w drugiej zwrotce znów powraca auto-tune, stylizowane na wokoder. W zasadzie w bardzo prosty sposób, tandetną sztuczką zepsuto przyzwoity numer. Szkoda, bo jest to jedyna kompozycja, współtworzona przez Desmonda Childa, autora komercyjnych hitów Coopera z lat osiemdziesiątych. I słychać - jakby to nie brzmiało – że ręka mistrza tu się przyłożyła. Bo dalej…


Dalej brniemy w rockandrollowy banał w „Caffeine” (drugi singiel), może nie takim złym, ale i nie powalającym. Parę lat temu zapewne tego typu nagranie zaistniałoby najwyżej jako strona B lub bonus do wydania japońskiego. „A Runaway Train” to częściowa przeróbka utworu „Subway” Dennis Dunaway Project. Dlaczego częściowa? Bo Cooper postanowił wyrzucić z niej refren – zostały same zwrotki. Wspaniałe posunięcie. „Last Man On Earth” to jakiś wodewilowo-dixielandowy koszmarek w stylu Szwagierkolaski, grającej Ich Troje (bądź vice versa). Potem na moment robi się lepiej, ale nie na długo.


Zaskakuje niezłe, dynamiczne „The Congregation”, brzmiące jakby śpiewał je John Lennon – gościnnie słyszymy tu przez chwilę Roba Zombie, starego znajomego Alice’a. Nie śpiewa on jednak a recytuje – podobną robotę na oryginalnym albumie wykonał słynny aktor Vincent Price (w utworze „Black Widow”). Pierwszy singiel, „I’ll Bite Your Face Off” w skali ogólnej jest beznadziejny – brzmi jak słabe nagranie The Rolling Stones – ale w ogólnym rozrachunku wypada całkiem, całkiem. Jednak już tytuł następnej kompozycji, „Disco Bloodbath Boogie Fever” zapowiada masakrę pierwszego stopnia – podkład żywcem wzięty z „Bad Touch” Bloodhound Gang, Cooper na przemian śpiewa i rapuje a w tle chórek powtarza zniekształconym głosem tytuł utworu. Ja rozumiem, że to miało nawiązywać do treści tego koncept-albumu, że muzyka disco jest be i na końcu zostanie zwyciężona przez rock and roll (kawałek kończy się „ostrym” solem rockowej gitary, coś jak połączenie Trubadurów i No To Co). To niby ma być taka „inteligentna zabawa ze słuchaczem”. Ale o jeden żart za dużo może zakończyć się katastrofą. Dalej jest jeszcze gorzej.





Balladowe „Something To Remember Me By” to już lejący się koszmar w stylu najgorszych, patetycznych flaków z olejem Eltona Johna. Chwilową ulgą jest riffowe „When The Hell Comes Home”, mroczna opowieść o chłopaku, którego ojciec pije i tłucze matkę, a sam bohater ma ochotę go ukatrupić. Naprawdę mocna rzecz. W utworze tym pada też imię bohatera pierwszej płyty, Stevena. Niestety, później już jest równia pochyła: riffowe disco w „What Baby Wants” to duet Coopera z gwiazdką młodego pokolenia, Ke$hą. Panna, niestety, możliwości interpretacyjne ma niczym taboret kuchenny. Albo się wydziera, albo głos jej przepuszczony jest przez tysiąc maszynek. Rozumiem, że to miał być taki „nieoczekiwany eksperyment”, ale bardziej wygląda to na chęć przypodobania się młodszej publiczności, bo sama piosenka to ordynarna łupanka z wykrzykiwanym refrenem. Zasadniczą część albumu kończy nudne i prostackie „I Gotta Get Outta Here”, utrzymane w stylu odrzutów z sesji Toma Petty, a opowiadające, oczywiście, o zbliżającym się (bądź nie) przebudzeniu. Kodę całości stanowi „The Underture” – orkiestrowa wiązanka kilku tematów z obu części „Welcome…”.




Płyta jest wyprodukowana niezwykle starannie. Brzmienie jest doskonałe, Bob Ezrin (który z Cooperem współpracował już wielokrotnie i współtworzył materiał na album) wyciągnął, co się da: słychać i chórki, i różnorodność instrumentarium, i uwypuklone tu i ówdzie smaczki. Co z tego. Atrakcją miało być także zebranie (w niektórych nagraniach) oryginalnego zespołu, towarzyszącego Cooperowi na „Welcome To My Nightmare”. I zespół także sobie wspaniale radzi. Tylko że kompozycje są tak anemiczne i monotonne, iż można samemu usnąć i śnić koszmary, niczym bohater „Welcome To My Nightmare”. Mam nadzieję, że na nagranie „My Nightmar3” Alicja Kuper już nie wpadnie…

Absolutnie bezsensownym nagraniem dodatkowym jest znane z repertuaru Animals, wykonane bez polotu „We Gotta Get Out Of This Place” – tytuł właściwie dobrze oddaje odczucia słuchaczy. Nowa płyta Alice’a Coopera to rzeczywiście koszmar. I byle dalej od niego.

9 komentarzy:

  1. Ja mam łatwiej, bo poza "School's Out" praktycznie nie znam tfurczości pana Kópera, więc nie mogę się rozczarować. Pierwszy kawałek całkiem całkiem, nawet jeśli mocno przetworzony wokalnie, ale reszta... niby koleżka jest po sześćdziesiątce, ale jak widać po nowym Jaggerze - można nieźle wymiatać nawet w starszym wieku.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jagger wymieść to może co najwyżej swoje zęby z podłogi a nowy Cooper na serio wymiata. Treść pokarmową z mojego żołądka. Bardziej niestrawny jest chyba tylko "Last Temptation" ale jak się do takiej muzyki bierze jakichś Cornelli i Sherinanów to nie dziwota, że kwasy żołądkowe się gotują...

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja znam tylko pierwszą płytę Coopera 'Pretties For You', czyli zamierzchła przeszłość.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja się nie znam, ale ostatni kawałek faktycznie wymiata treść żołądkową. Zamiast Keshy (ki czort?) mogłaby równie dobrze "zaśpiewać" ta pani: http://www.youtube.com/watch?v=sP4NMoJcFd4 a podkład z "Bit it" zachęca raczej do wyłączenia tej piosnki i włączenia Majkela Dżeksona.

    OdpowiedzUsuń
  6. Pojzą znam. Ze słyszenia tylko, a nie słuchania. I z obrazków, bo jak większość pudel-metalu lepiej wychodzili na zdjęciach. No może nie lepiej, ale na pewno zabawniej.

    OdpowiedzUsuń
  7. Jasne, że znam 'Poison'. W MTV grali to na okrągło, trudno nie znać. Ponad to te wszystkie 'Skuls aut' i tego typu sprawy. Ogólnie rzecz ujmując, ja nie mam nic do Alice Coopera, uważam, że chyba u nas jest niepopularny.

    OdpowiedzUsuń