niedziela, 11 września 2011

EUROPE “Live At Shepherd’s Bush, London” Edel, 2011






Europe to zespół z dość specyficzną karierą. Bardzo popularny pod koniec lat osiemdziesiątych wylansował wówczas wiele przebojów, z których trochę niesłusznie przypomina się w kółko jedynie „The Final Countdown” a różne przemądrzałe trendsetterskie bździdła wmawiają ogłupiałej modnej młodzieży z kapelusikami na móżdżkach, siorbiącej lurę z tekturowych trędi kubków, że Europe to w zasadzie był wiejski zespół jednego przeboju, znany z tego że miał śmieszne włosy. Jedna z pań dziennikarek pewnego poczytnego periodyku napisała wręcz, że już jako dziewczynka wiedziała, że Europe to obciach. Genialna kobieta, czyż nie? A to wszystko tylko częściowo prawda, tyle że, niestety, pewne głupoty powtarzane jak mantra zakorzeniają się w świadomości narodu i ani ja tego nie zmienię, ani nikt inny. A zespół Europe, który kilka lat temu powrócił na scenę, działa sobie z powodzeniem, pudlowych włosów dawno już nie ma, rzeźbi klasyczny hard rock i choć nie jest to już ta wielka światowa kariera sprzed dwudziestu pięciu lat, grupa ma stałe i spore grono fanów i radzi sobie nadspodziewanie dobrze. Właśnie ukazała się nowa płyta koncertowa Europe, nagrana w lutym 2011 podczas trasy, promującej ostatnie wydawnictwo zespołu, bardzo udany moim zdaniem krążek „Last Look At Eden”.


Koncert rozpoczyna się tak, jak ostatnia płyta i tak jak zeszłoroczny występ grupy w Warszawie – najpierw bulgocące intro zapowiada nadejście zespołu a potem rąbnięcie tytułowego kawałka z „Last Look At Eden” doskonale wprowadza koncetowy klimat. Tempest śpiewa pewnie, choć przez lata głos mu się trochę obniżył. Brzmienie jest niezłe, w każdym razie selektywne. Z nowego albumu usłyszymy jeszcze zaskakująco ciężkie „The Beast” (stworzony przez basistę, Johna Levena), ambitniejsze „No Stone Unturned” z ciekawą melodią oraz popisem solowym Mica Michaeli i konwencjonalne, balladowe „New Love In Town”, które było drugim singlem. Z nowych rzeczy, to jest po come backu, są „Always The Pretenders”, „Start From The Dark”, “Love Is Not The Enemy” oraz The Getaway Plan” . Nie ma co jednak ukrywać, że publiczność, ta starsza i młodsza, przyszła posłuchać trochę europowej klasyki, więc część występu wypełniły piosenki z pierwszych pięciu longplayów zespołu. No, w zasadzie z czterech, bo zespół zazwyczaj pomija repertuar debiutanckiego krążka.


Co my tu mamy z tych hitów - „Rock The Night”, w którym Tempest wesoło przekrzykuje się z publicznością. Jest i odśpiewane wspólnie z tłumem „Carrie”. Są też „More Than Meets The Eye” i “Superstitious” z „Out Of This World” i – oczywiście na końcu – „The Final Countdown”. Z mniej znanych rzeczy pojawiają się „Scream Of Anger” z drugiej płyty zatytułowanej „Wings Of Tomorrow”, oraz „Seventh Sign” z albumu „Prisoners In Paradise”, po wydaniu którego zespół się rozwiązał.


Czy czegoś zabrakło? Można by narzekać, że w miejsce mało znanych utworów grupa mogła zagrać na przykład „Open Your Heart”, „Cherokee” czy „Prisoners In Paradise”, ale podejrzewam, że skoro Europe ma dobry okres, co jakiś czas zmieniać będzie setlistę , żeby nie grać w kółko tego samego i przypominać co jakiś czas różne kawałki ze swojej kariery. Można porównać zestaw, wykonywany przez Europe na DVD „Live From The Dark” z 2004 roku – powtarza się jedynie pięć utworów i o to chodzi.


A czego nie zabrakło? Koncertowej atmosfery, którą w wielu przypadkach trudno przerzucić na nośnik. Sensownie nagrana publiczność, mięsiste brzmienie i chyba dość dobrze wyczyszczone wpadki (o ile były, bo przecież mogło nie być) oraz radość grania, wyczuwalna od pierwszych taktów, żywioł dźwiękowy i pełen profesjonalizm wykonawczy sprawiają, że płyty świetnie się słucha.

Nowy album live to dwa dyski. Poza płytą audio otrzymujemy (sorry, zakupujemy) także DVD z wyżej opisanym występem – Sheperd’s Bush Empire to elegancka sala koncertowa ze zdobionymi balkonami i urządzona z przepychem, co widać na filmie. Sposób filmowania, jak i sam koncert, są dość proste. Jakość obrazu nie powala, efektów specjalnych zero, ale widać, że zarówno zespół, jak i zgromadzona licznie publika świetnie się bawią. Muzycy są zrelaksowani, Tempest nadal wygląda jak brzydka pani z mięsnego, więc wszystko gra. Poza tym – czego nie ma na dysku audio – otrzymujemy dwa popisy solowe, obydwa specyficzne. Pierwszy, perkusisty Iana Hauglanda, nie jest bezmyślną nawalanką, jakich wiele – otóż Haugland bębni do puszczonego z taśmy fragmentu „Wilhelma Tella”, co ratuje solówkę. Nie żebym miał coś do Hauglanda, ale nie znoszę solówek perkusyjnych. Drugi występ to jednocześnie hołd dla zmarłego niedawno Gary Moore’a- John Norum, z dyskretnym akompaniamentem reszty grupy, wykonuje jego „The Loner”.


Oprócz podstawowej zawartości w ramach dodatków na krążku zamieszczono fragmenty dwóch innych występów (gdzie można usłyszeć wykonany na żywo jeszcze jeden utwór z ostatniej płyty, „Gonna Get Ready” oraz kilka powtarzających się z zestawem z Londynu – posiadacze Blu Raya otrzymują kilka piosenek więcej, psiamać), dwa teledyski z ostatniej płyty i zestaw obowiązkowych głupot typu „Jesteśmy śmieszni za kulisami”.


Od strony poligraficznej jest bardziej niż skromnie. Wydana w tekturowym opakowaniu płyta nie posiada książeczki, wszystkie informacje napisane są na okładce. Może i to bardziej ekologiczne, ale kto mi wytłumaczy fenomen cenowy płyt w Polsce? Album ten kosztuje w Wielkiej Brytanii 11 funtów - w kraju, w którym wszystko jest droższe niż u nas. A w Polsce ta sama płyta kosztuje 70 zł. Gdzie tu sens?


4 komentarze:

  1. I tam, sensu to bym nie szukał tam, gdzie chodzi o kasę. A sam Jurop - nie moja stylistyka kompletnie, ale grają do rzeczy, melodyjnie klasyczne łojenie na 4/4. Bez porównania to lepsze niż automaten-melodien z większości stacji radiowych i wizyjnych.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja lubię sola perkusyjne, ale tylko sporadycznie. I chyba najciekawiej się ich słucha, gdy można równocześnie obejrzeć co dany perkusista wyczynia, jak gra te swoje popisy. Ale wbrew pozorom to ciężka sprawa, bo przeważnie takie bębnie jest długie, nudne i bez pomysłu. Ale zdarzają się prawdziwe perły.

    OdpowiedzUsuń
  3. Perkusję uwielbiam, ale perkusyjnych solówek nie cierpię! Popatrzeć, jak grają mistrzowie lubię bardzo, byle nie grali solówek. Na szczęście ci, których lubię, solówek nie grają :)

    OdpowiedzUsuń