piątek, 29 lipca 2011

PIOSENKI HENRYKA WARSA „Już nie zapomnisz mnie” MTJ 2010


Henryk Wars to postać wybitna - kto twierdzi inaczej, niech sprawdzi Wikipedię i najbliższe wizyty u laryngologa. W latach dwudziestych i trzydziestych skomponował (Wars, nie laryngolog) tyle przebojów, że mało który kompozytor może się z nim równać. Wszyscy nucili „Miłość ci wszystko wybaczy”, „Ach jak przyjemnie”, „Sex appeal” czy „Tylko we Lwowie”. Przeboje Warsa śpiewały największe gwiazdy polskiej sceny i filmu. Po wojnie pracował w Hollywood, odnosząc i tam sukcesy, ale niewątpliwie największe swoje skarby podarował polskiej estradzie. Ponieważ tego typu repertuar rzadko jest przypominany (ewentualnie w jakichś masakrycznych wersjach), warto czasem sięgnąć do tak zwanego lamusa i wydobyć z niego to, co wartościowe i ciekawe.


Dla miłośników piosenki przedwojennej oraz osób zainteresowanych polską muzyką rozrywkową w ogóle zestaw „Już nie zapomnisz mnie” to pozycja niemal obowiązkowa. Czyż nie wspaniale mieć w jednym pudełku takie szlagiery, jak „Umówiłem się z nią na dziewiątą” i „Już taki jestem zimny drań” Bodo, „Pierwszy znak” i „Miłość ci wszystko wybaczy” Hanki Ordonówny, „Już nie zapomnisz mnie” Żabczyńskiego, „Jak za dawnych lat” Witasa albo „Panie Janie” Astona? Na trzech dyskach zebrano łącznie 62 takie perełki, nazwiska – poza wspomnianymi wyżej – mówią same za siebie: Tola Mankiewiczówna, Tadeusz Faliszewski, Chór Juranda, Adolf Dymsza, Zula Pogorzelska, Mieczysław Fogg, Chór Dana, Szczepko i Tońko, Albert Harris… cudowny zestaw. Wśród znanych szlagierów znaleźć tu można wiele innych miłych dla ucha melodii oraz niespodziankę w postaci znanego utworu „Sex Appeal” wykonanym przez Menasze Oppenheima w języku jidysz. Szkoda, że nie zamieszczono tej piosenki w wersji tradycyjnej, znaczy się z damskim wokalem i po polsku, ale nie można mieć wszystkiego.


Większość piosenek nie odbiega od tego, co robiono w tym samym okresie na świecie, ze wskazaniem na Hollywood. W rozkwicie kina dźwiękowego na ekranach zagościły musicale, które lansowały jednocześnie gwiazdy i przeboje. Nie inaczej było u Warsa - tanga i walczyki przeplatają się z bigbandowym brzmieniem, popularnym za Oceanem. Sentymentalne ballady w stylu „Tylko ty” czy „Tyle miłości” kontrastowane są przez żwawsze „Czy tutaj mieszka panna Agnieszka” (z wokalnymi popisami chóru Juranda) i „Na cześć młodości”. Jest blichtr, jest rewia ale i mnóstwo niezapomnianych melodii. A jeśli nawet trochę zapomnianych, to na tyle wpadających w ucho, że odświeżenie ich nie powinno nastręczać wielu problemów.



Wkładka płyty po rozłożeniu po jednej stronie zawiera szczegółowy opis utworów: nie tylko, kto napisał i wykonuje, ale z którego roku i z jakiego filmu, wodewilu czy rewii dana piosenka pochodzi. Po drugiej stronie znaleźć można obszerną notkę biograficzną o Henryku Warsie autorstwa Ryszarda Wolańskiego oraz wykaz filmów, w których wykorzystano muzykę Henryka Warsa. Trochę nie rozumiem, czemu grafikę tła stanowią powojenne syrenki z budynku przy placu Zamkowym, ale ja nie muszę wszystkiego rozumieć.




Co może odrzucić potencjalnych słuchaczy, nieobeznanych z ówczesnymi technikami nagraniowymi, to jakość dźwięku. Faktem jest, iż wytwórnia MTJ kilkakrotnie, delikatnie mówiąc, nie spisała się, remasterując stare płyty z analogów, ale tu istotnie nie było innej opcji. Można sobie zresztą porównać ze składankami „Lata dwudzieste, lata trzydzieste” (Pomaton EMI, seria Złota Kolekcja) czy „Każdemu wolno kochać – i inne piosenki z polskich filmów” (Polskie Nagrania). Niektóre najbardziej popularne kawałki pojawiają się na wszystkich trzech składankach i są tak samo złe jakościowo. Głos Eugeniusza Bodo w „Umówiłem się z nią na dziewiątą” przeskakuje na początku utworu, „Jak za dawnych lat” Stefana Witasa nieco trzeszczy, coś tam innego dudni a coś szumi. Niestety, przedwojenne szlagiery nie zachowały się w lepszych wersjach i chyba technika nie doszła jeszcze do tego stopnia, żeby można to było wyczyścić idealnie. Ale i tak warto się przemóc, żeby zobaczyć – w zasadzie to usłyszeć – jak wielka była klasa i kultura wykonawcza polskiej muzyki rozrywkowej przed II wojną.




Dziś może nieco śmieszyć archaiczne, sentymentalne brzmienie i teksty, ale miałem w ogóle nie pisać o tej płycie, tylko że przypadkowo wpadła w moje ręce najnowsza płyta Urszuli i po walnięciu twarzą w biurko (autentycznie zasnąłem), postanowiłem, że na resztę dnia cofam się do czasów przedwojennych.

3 komentarze:

  1. Do tej 'muzy' trzeba dorosnąć - ja nadal raczej doceniam niż lubię słuchać z wyboru - widać jeszcze trochę muszę pożyć ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Oczywiście, chodziło Ci o nową Urszulę? W pełni się zgadzam.

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo dobrze, że te szumki i dudnienia się zachowały. To tworzy klimat tej muzyki. Gdyby te nagrania "wysterylizowali" z tych elementów, to najpewniej nie brzmiały by tak uroczo, a i technicznie pozostawiałyby sporo do życzenia. Na przykład firmy wydające kompakty ze starym rockiem mają często brzydki zwyczaj usuwanie wysokich tonów, różnych szumków (nie mylić z szumem winylowej płyty) po to, żeby muzyka brzmiała klarownie, czyściej, a tak naprawdę przez takie zabiegi brzmi słabo, metalicznie.

    Te piosenki są dobrym przykładem, że tak naprawdę to nie produkcja się liczy, ale sama muzyka. Nie jestem znawcom tego typu piosenek, ale dla wielu mają niezaprzeczalny urok wokalne interpretacje śpiewających pań i panów. Ale nie potrafię napisać o co dokładnie chodzi. Te lekkie drżenie, delikatność, dostojeństwo. Chyba trudno by to było podrobić nam współczesnym.
    A może to wszystko jest efektem ówczesnej techniki rejestracji dźwięku?

    OdpowiedzUsuń