piątek, 8 kwietnia 2011

WHITESNAKE „Forevermore” (Frontiers 2011)



To co, jedziemy? Jedziemy.



Wielu ludzi, w tym nie tylko fanów muzyki, ale i przedsiębiorców pogrzebowych oraz producentów lakieru do włosów, zaszokowała cztery lata temu informacja, że David Coverdale nie tylko wciąż żyje, ale rusza się, śpiewa i nadal będzie nagrywać pod szyldem Whitesnake. Album „Good To Be Bad” (2008) wzbudził spore zainteresowanie i po odbyciu udanej trasy (która zawitała również do Polski) Białywąż, w oczywiście zmienionym od tamtej pory składzie, wydał znienacka album „Forevermore”, z okładką, mającą chyba kojarzyć się z najlepszymi – pod względem finansowym – latami zespołu, czyli krążkami „1987” i „Slip Of The Tongue”. Nie jedyne to odwołanie do dzieł sprzed dwudziestu lat, ale o tym za moment.

Obecnie Whitesnake, poza Davidem Coverdale, tworzą gitarzyści Doug Aldrich (współproducent albumu, wcześniej m.in. w Dio) i Reb Beach (Winger, Dokken), basista Michael Devin, klawiszowiec Brian Rudey i perkusista Brian Tichy (Foreigner, Billy Idol, Derek Sherinian, Pride & Glory). Materiał wyszedł w całości spod pióra spółki Coverdale/Aldrich.

Jedenasta płyta Whitesnake przypomina w zasadzie brzmieniem i repertuarem come back z „Good To Be Bad”, ale jest – moim zdaniem – o wiele bardziej udana. Nośne, przebojowe kawałki, świetne partie instrumentalne i miejscami imponujący śpiew Coverdale’a (zapewne nieco podrasowany, ale i tak na żywo chłopak się nie oszczędza) z pewnością powodują, że nie ma się czego wstydzić. Coverdale podkreśla, że „Forevermore” odwołuje się brzmieniowo do albumów, wydanych zanim grupa osiągnęła sukces w Stanach. I jest to częściowo prawda – nie ma klawiszowej pajęczyny, spowijającej piosenki, brzmienie jest surowe i choć słychać zarówno nakładki wokalne oraz liczne dogrywki instrumentów, muzyka wypada bardzo naturalnie. Surowość ta jednak na dłuższą metę męczy, bo czasem przydałyby się tu i ówdzie różne smaczki. Albumowa produkcja ma także inne minusy - prawdopodobnie, by przydać muzyce czadu, panowie ponakładali na siebie mnóstwo partii gitarowych – ponieważ każda z gitarowych zagrywek jest inna, zamiast brzmieniowej potęgi miejscami słychać chaos. Ale nie można mieć wszystkiego, szczególnie że, nie oszukujmy się, obecni gitarzyści Whitesnake za takim Mickym Moody, Adrianem Vandenbergiem czy Stevem Vai mogliby co najwyżej nosić worek na puste puszki po piwie. Nie za bardzo też rozumiem, po co w Whitesnake dwóch gitarzystów, skoro obaj brzmią identycznie – jeden gra a drugi podtrzymuje wokalistę? O klawiszowcu trudno cokolwiek powiedzieć, bo niby jest a go nie ma. Być może ma za zadanie robić „ścianę dźwięku”, czyli rozmazać to, co robi basista.

Wspaniale wypadają trzy pierwsze kawałki: dynamiczne, z refrenami, mnóstwem efektownych riffów i solówek. Wyróżnia się szczególnie singlowy „Love Will Set You Free”. Drobny zgrzyt następuje już przy czwartym kawałku, bo „Easier Said Than Done” to po prostu kolejna kopia „Is This Love” oraz „The Deeper The Love”, tylko słabsza. Może nie byłby to zły kawałek dla kogoś, kto nie zna tamtych, ale przecież płyty Whitesnake nie wysłucha nikt, kto nie zna tamtych. Będąc gdzieś w środku „Forevermore” zatęskniłem za czasami, gdy na albumy wchodziło po 9-10 piosenek i basta. Bo chłopaki wyraźnie poczuły, że mają dużo miejsca do dyspozycji i niestety, co im przyszło do głowy, przerobiły na pieśni. Stąd niezbyt, w moim odczuciu, porywające „I Need You” – niby szybkie, ale męczące, „One Of These Days” zahaczające o twórczość The Eagles czy Toma Petty, nudziarskie „Love & Treat Me Right” brzmiące jak zwolnione ZZ Top i tragiczna a niestety bardzo przez Coverdale’a hołubiona „Fare Thee Well”: półakustyczne smędzenie, takie do pobujania się na koniec koncertu, coś w stylu ostatnich dokonań Beaty K. Na szczęście owe dyskusyjne dzieła równoważone są przez całkiem zgrabne „Tell Me How” z drapieżnym refrenem, „Dogs In The Street” – kawałek z efektownym riffem i melodyką w stylu „Slip Of The Tongue”, miejscami nawet zahaczający klimatem o poprzedni zespół Davida Coverdale, Deep Purple znaczy się, a także hardrockowe „My Evil Ways” z łomocącą perkusją i kolejnym przebojowym refrenem (tu słychać echa współpracy z gitarzystą Led Zeppelin z albumu „Coverdale/Page”).

Można by się spierać czy warto było wydawać taką płytę dla fanów. Bo nie ukrywajmy, przypadkowy słuchacz nawet nie będzie o niej wiedział. Ale na samym końcu docieramy do trzynastego, absolutnie nie pechowego utworu tytułowego. Spokojny wstęp, Coverdale śpiewa najlepszą ze swoich barw, gitarka sobie brzdąka w tle, syntezator robi dyskretne tło, dojeżdżamy do ładnego refrenu, w którym „Give me all your love” rozmiękcza najtwardsze serca, pieśń płynie dalej spokojnie i w trzeciej minucie nagle: łup! Mamy „Kashmir” połączony z „Sailing Ships” – odjechane partie gitar co jakiś czas ustępują śpiewowi Coverdale’a a czas się cofa. Jesteśmy na chwilę w okresie, gdy komponowano dla samej radości komponowania – tylko siedem minut, ale jakich. Dzięki temu kawałkowi zapominam o mieliznach w środku płyty, wybaczam Davidowi durne, jak zwykle, teksty i słucham na repeat… repeat… repeat…




Wypasione wydanie wzbogacone jest o trzy utwory i DVD. Trzy pieśni to inaczej niż na zasadniczej części zmontowane „Love Will Set You Free” i „My Evil Ways” oraz akustyczna wersja „Forevermore” (skrócona względem oryginału). DVD natomiast zawiera krótki reportaż z procesu nagrywania albumu, w tym wypowiedzi wszystkich muzyków, omówienie płyty piosenka po piosence przez Davida Coverdale, reportaż z planu klipu „Love Will Set You Free” oraz tenże klip w całości.

Teledysk „Love Will Set You Free” też jest, w pewnym sensie, nawiązaniem do przeszłości. W słynnym „Here I Go Again” po masce samochodu tarzała się ówczesna partnerka Davida, natomiast w nowym klipie tańczy na rurze obecna małżonka – z wywiadu na załączonym DVD można dowiedzieć się, że pani Coverdale ma szkołę tańca na rurze [sic!], więc na amatorkę nie trafiło. Widać też przez chwilę małe, pryszczate, grube nastoletnie dziecko – to Coverdale junior. I tak najstraszniejsze są zbliżenia Davida, który w napadzie narcyzmu nie dał się jakoś wyretuszować, tylko wygląda wśród młodych muzyków jak emerytowany transwestyta – ale sam chciał. Zresztą, tu i tak muzyka się liczy, na szczęście.



Znając kolej rzeczy, za czas jakiś David Coverdale ogłosi piętnastą pożegnalną trasę Whitesnake, wyda płytę live, następnie składankę, potem umrze, potem wyjdzie płyta akustyczna, następnie zostanie ekshumowany i zrobi trasę wspominkową z której wyda album koncertowy, potem reaktywowany w trzysta pięćdziesiątym drugim składzie Whitesnake nagra nową płytę studyjną i tak dalej. Zatem cieszmy się tym, co mamy, bo jest czym.

4 komentarze:

  1. 3 czerwca wychodzi "Live at Donington 1990" p szczegóły...:
    http://hardrock.com.pl/content/view/2262/

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak, wiem, wiem. Tylko chyba bankructwo ogłoszę.

    OdpowiedzUsuń
  3. Poryczałem się ze śmiechu! Końcówka opisu jest nie do przebicia.

    Natomiast Micky Moody to stary wyjadacz (chociaż nie wiem co teraz porabia). Ale jak w latach 70-tych grał w Whitesnake, to miał już za sobą spore doświadczenie (np. grupa Trameline, która nagrała dwie bardzo fajne płyty). Teraz natomiast (chociaż tak naprawdę to już od dawna) muzycy to wynajęci wyrobnicy, którym trzeba zapłacić, żeby w ogóle raczyli wziąć instrument do ręki. Stąd potem taki poziom mierny.

    OdpowiedzUsuń
  4. Moody grał w The Snakes/Company of Snakes/M3 Classic Whitesnake. To takie pół-tribute bandy dla Whitesnake, stworzone przez byłych muzyków tegoż. Grali tam np. Neil Murray, Bernie Marsden, Don Airey a śpiewali m.in. wokalista Bad Company czy też Jorn i Tony Martin.

    OdpowiedzUsuń