niedziela, 3 kwietnia 2011

FOREIGNER „Can’t Slow Down” - Ear Music, 2010



UWAGA – BĘDZIE AOR

To płyta kolejnego zespołu, o który pewnie część ludzi zapyta: “A to oni jeszcze żyją?”. Odpowiadam zatem: Foreigner istnieje nadal i ma się nieźle, mimo że kilka lat temu doczekał się zmiany wokalisty. Z grupą – po sporych zawirowaniach - pożegnał się wieloletni frontman, Lou Gramm (nie pierwsze to jego odejście z Foreigner, ale chyba tym razem ostatnie) a na jego miejsce wstąpił mało wcześniej znany Kelly Hansen. Po raz pierwszy nowy wokalista zaprezentował się na składance „No End In Sight – The Very Best Of Foreigner”(2008), gdzie poza klasycznymi hitami z Grammem zamieszczono również premierę w nowym składzie – „Too Late” (znalazła się ona także na „Can’t Slow Down”). Liderem Foreigner i jedynym muzykiem, występującym na wszystkich albumach, jest Mick Jones, który dobrał sobie świetnych współpracowników – na albumie udzielają się m.in. Jeff Pilson (Dokken, Dio) czy Brian Tichy (Whitesnake, Billy Idol). Tyle, jeśli o personalia idzie.


Nowa płyta - pierwszy studyjny materiał od 1994 - ukazała się w Stanach Zjednoczonych w 2009 roku, w Europie – rok później. Otrzymujemy za to – poza podstawową – wypasioną trzydyskową wersję, o dodatkach za moment. True fanów, miesiączkujących rozpaczliwie, że bez Lou Gramma TO JUŻ NIE TO SAMO, uspokajam, że właśnie to samo. Zespół dzielnie opiera się wszelkim próbom rozwoju i – to w tym przypadku chyba dobrze – nie usiłuje na siłę unowocześniać brzmienia. Jedyną mega i hiper nowoczesną rzeczą jest produkcja, ale eleganccy panowie z Foreigner nie pozwoliliby sobie na garażowe niedociągnięcia, uznawane w wielu prymitywnych społecznościach za Wielką Sztukę. A nowy wokalista? Cóż, brzmi jak Gramm. Gramm to taki wzorzec brzmienia AOR za mikrofonem: przydymiony, zachrypnięty głos, który – gdy trzeba – potrafi się wydrzeć, ale nie za głośno, żeby się fankom trwała nie rozprostowała z szoku. I Hansen jest dokładnie taki sam. Nieco przypomina to sytuację z Martą Cugier, zastępującą Małgorzatę Ostrowską w Lombardzie (mając do dyspozycji samo audio, można mieć problem z identyfikacją, która z pań śpiewa), ale w Foreigner ta zmiana przyniosła raczej pozytywny efekt. Hansen nie brzmi, na szczęście, jak jakiś pipek wzięty z kowerbandu z Youtube (tu gratulujemy zespołowi Yes ostatnich przemyślanych decyzji personalnych), tylko klasycznie i stylowo – o tak:



„Can’t Slow Down” jest właściwie typową płytą Foreigner: Parę szybkich kawałków, kilka mniej lub bardziej ociekających lukrem ballad, trzy-cztery wypełniacze i wspaniałe wykonanie oraz genialna realizacja dźwięku. Nie jestem zwolennikiem teorii, że produkcja jest ważniejsza od muzyki (boleśnie się kiedyś o tym przekonał zespół Yes, nagrywając „Big Generator”), ale albumu Foreigner słuchać można chociażby po to, żeby unaocznić sobie, jak powinna brzmieć nowocześnie zrealizowana płyta z nienowoczesnym repertuarem. Nasze podwórkowe brzdąkadła z wokalami przepuszczonymi przez górnopłuk, reklamowane jako nowe oblicze prawdziwego rocka, mogą się schować.


Zdecydowanie „na tak” jestem w przypadku utworów dynamicznych: jest ich, niestety, niewiele, ale są świetne: do przodu jedzie tytułowy „Can’t Slow Down”, jeszcze lepszy jest okraszony wyśmienitym refrenem „Living In A Dream” czy rozśpiewany „Angel Tonight”. Znany już z wcześniejszego pojawienia się na składance „Too Late” brzmi może trochę jak kuzyn „Cold As Ice”, ale pewnego uroku odmówić mu nie można . Z ballad zdecydowanie wyróżnia się niezwykle melodyjna, choć słodka do przesady „I’ll Be Home Tonight” i równie chwytająca za serce, kolana i pachwiny „As Long As I Live”. Nie jestem jakimś wielkim zwolennikiem instytucji ballady rockowej, ale te są tak zrobione, że nie bolą. Niespodzianką jest pojawienie się pod koniec płyty utworu z debiutanckiego longplaya Foreigner, „Fool For You Anyway”. Opracowany jest tak, jakby nagrał go zespół Chicago: dęciaki, chórki itp. – taka ciekawostka na rozstanie z zasadniczą porcją dźwięków na albumie. Niestety, „Can’t Slow Down” o ile jest równa pod względem produkcji i realizacji dźwięku, to znalazło się na niej kilka piosenek, które popularnie określa się mianem wypełniaczy. Czyli nie wnoszą niczego ciekawego do wizerunku płyty, ale wytwórnia grozi, że nie zapłaci muzykom za denaturat, jeśli album nie będzie dłuższy, więc muzycy nagrywają cokolwiek na odwal się i mamy takie knoty jak rozpędzony „Lonely” bez pomysłu na refren czy nudnawe i wybrane, o zgrozo, na single nieciekawe balladowe „In Pieces” oraz bezjajeczne „When It Comes To Love”. Szkoda, bo można się dzięki takim zajawkom zniechęcić do w sumie udanej płyty. Dysk nr 1 zamykają koncertowe wersje dwóch innych piosenek z debiutanckiego albumu (oczywiście, nagrane przez nowy skład): „At War With The World” i „Headknocker” – fajnie że zespół wraca do takich mniej znanych kompozycji.


Drugi dysk to płyta, niezwykle oryginalnie zatytułowana „Greatest Hits Live”. Właściwie tytuł oddaje całą zawartość: genialnie wykonane w nowym składzie „Head Games”, „Waiting For A Girl Like You”, „That Was Yesterday” czy „Juke Box Hero” połączone z zeppelinowym „Whole Lotta Love” to wspaniała porcja muzyki – aż szkoda, że panowie nie planują koncertów w Polsce. Obecnie Foreigner mają wspólną trasę z Journey i Styx po Europie, ale u nas taka muzyka nigdy nie była przesadnie popularna a nie sądzę, by muzyków interesowało granie dla stu osób w małym klubie. Nowy nabytek za mikrofonem śpiewa kawałki Gramma, jakby były jego własnymi, zupełnie bez problemu. Jedyne czego na płycie live mi brak to „Say You Will”. Dlaczego? Na to pytanie odpowie dysk nr 3.

Dysk 3 to DVD, pokazujące zespół w trasie. Oprócz idiotycznych, nudnych scenek „zza kulis” (ktoś coś powie, ktoś pokaże język albo zrobi głupią minę do kamery itd.) można znów podziwiać zespół na żywo - są to nagrania z innych występów niż na CD2 - podczas kilku letnich festiwali. Materiał jest dynamicznie zmontowany, raz jesteśmy w Niemczech, raz w Anglii, raz w Austrii, choć trochę głupio wygląda, jak wokalista ma na sobie kilka różnych strojów w trakcie trwania jednego utworu. Piosenki w zasadzie nie odbiegają od pierwowzorów studyjnych, choć można wychwycić kilka zmian (np. dłuższy początek w „I Want To Know What Love Is”) a majstersztykiem jest wykonanie „Say You Will”. Wszyscy panowie, perkusista również, zbierają się na środku sceny, i w konwencji unplugged wykonują ów kawałek, śpiewając tak równo i czysto, że szok. Nie sądzę, żeby o jakości decydowały tu różne dogrywki, ale jeśli nawet to i tak podejrzewam że niewiele musieli poprawiać. Szkoda zatem, że nie włączyli tej wersji do płyty audio. Na płycie live nie ma, niestety, żadnego nowego kawałka w wersji koncertowej, ale jak greatest hits, to greatest hits i już.


Chyba istniało zapotrzebowanie na Foreigner, bo biorąc pod uwagę niesprzyjające starszym zespołom czasy, album rozszedł się w przyzwoitej ilości. Grupa, niesłusznie kojarzona u nas z zaledwie jedną piosenką (m.in. dzięki kretyńskim stacjom radiowym, puszczającym w kółko jeden kawałek danego wykonawcy, jakby więcej nie nagrał), sprzedała na świecie ponad 70 milionów płyt i ma na koncie znacznie więcej przebojów: „Urgent”, „Jukebox Hero”, „Say You Will”, „I Don’t Want To Live Without You” czy samplowane ostatnio przez jakiegoś niedorozwoja „Cold As Ice”. Trudno powiedzieć czy nowe piosenki zyskają status porównywalny do tych sprzed lat, ale niektóre z nich mają szanse zaistnieć na dłużej w koncertowym repertuarze. No i mam cichą nadzieję, że kolejny album ukaże się wcześniej niż za piętnaście lat.


9 komentarzy:

  1. za 15 lat, to będę miał....? - ale jeśli mają nagrać to poczekam :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Foreigner akurat lubię, podobnie jak Journey za kulturę wykonawczą. Szczegółowo w produkcję się nie wsłuchiwałem, ale zakładam że jest również na najwyższym poziomie. Fajnie, że nadal grają i to z powodzeniem.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  4. Journey polubiłem w większych fragmentach dopiero niedawno, także bardzo przypadła mi do gustu nowa płyta z wokalistą nr 3. Bo po Stevie Perry przyszedł pewien pan na jedną płytę (ale nie poszła)a na ubiegłoroczną "Revelation" Neal Schon & s-ka wzięli nowego śpiewaka i płyta całkiem nieźle się sprzedała. Może trochę za spokojna jak dla mnie, ale właśnie owa kultura wykonawcza i wysoki poziom sprawiają, że mimo wszystko fantastycznie się tego słucha.

    OdpowiedzUsuń
  5. Czy ta jedna piosenka to "I want to know what love is"?

    OdpowiedzUsuń
  6. Tak, Piotrze, ta właśnie, ostatnio zmasakrowana przez Meraję w sposób okrutny.

    OdpowiedzUsuń
  7. Ja słabiutko znam dorobek Foreigner, ale z tym 'I want to know what love is' - zarówno w kwestii niedawnej upośledzonej przeróbki, jak i katowania tej piosenki w naszym radiu, to faktycznie dramat. To jest syndrom polskich stacji radiowych, w kółko ta sama piosenka wykonawcy z dużym dorobkiem. Przykłady można by mnożyć.

    Foreigner był na przełomie lat 70 i 80 bardzo popularna grupą i zawsze mi się przypomina anegdota z zespołem Diamond Head (czyli tzw. New Wave Of British Heavy Metal) których menadżerem była matka lidera zespołu. I pewnego dnia zadzwonił do tej pani ówczesny menadżer Foreigner (nie pamiętam personali), którzy byli wtedy sławni a ich płyta 'Foreigner 4' biła rekordy popularności.
    No więc menadżer Foreigner zaproponował, że zajmie się Diamond Head, na co mamuśka odparowała 'Nigdy o panu nie słyszałam'. Koniec rozmowy. Dlatego heavy metalowa grupa szybko poległa, bo nie miała opieki z prawdziwego zdarzenia.

    OdpowiedzUsuń
  8. O, a tego jakoś nie zarejestrowałem. Dobre.

    OdpowiedzUsuń
  9. Można to znaleźć w biografii Iron Maiden 'Run To The Hills'. Nieodmiennie mnie to śmieszy.

    OdpowiedzUsuń