czwartek, 21 kwietnia 2011

CLANNAD "Beginnings – The Best Of The Early Years" (Demon Music Group, 2008)





Dlaczego Clannad? Odpowiedź jest prosta – tego zespołu słucham najdłużej ze wszystkich. Po raz pierwszy usłyszałem Irlandczyków, zapewne jak wielu innych ludzi, podczas emisji serialu BBC „Robin of Sherwood”. Było to ponad 25 lat temu. Od tamtej pory muzyka Clannad towarzyszy mi zawsze. Zmienia się życie, zmieniają się fascynacje muzyczne a Clannad mają swoje stałe miejsce i trwać będą, choć od kilkunastu lat nie weszli do studia i co jakiś czas wydają tylko kolejne, niewiele się od siebie różniące kompilacje największych przebojów. To też jest kompilacja – ale od początku.


Clannad to jeden z najbardziej znanych irlandzkich zespołów, proponujących muzykę z pogranicza popu, irlandzkiego folkloru, celtyckich tradycji i stylistyki ogólnie określanej idiotycznym mianem New Age, co by to nie miało oznaczać. Grupie przewodzi wokalistka Moya Brennan, grająca także na harfie, a wraz z nią Clannad stworzyli bracia Ciaran i Pol Brennan oraz kuzyni Noel i Padraig Duggan. Muzycy pochodzą z Gaoth Dobhair w hrabstwie Donegal i początkowo byli popularni jedynie w Irlandii, jednak temat do filmu „Harry’s Game” (1983) a następnie nagranie ścieżki dźwiękowej do serialu o Robin Hoodzie uczyniły z nich międzynarodową gwiazdę, sprzedającą miliony płyt.


Jak widać po dacie wydania, omawiana poniżej płyta nie jest nowością. Co więcej, tytuł „Best Of” sugeruje, iż mamy do czynienia – jak zresztą napisałem powyżej - ze składanką. Ale wcale nie z przebojami. Podwójne wydawnictwo Clannad zawiera nagrania, sprokurowane przez tę szacowną irlandzką familię między 1973 a 1982 rokiem, zanim nastąpił wielki przełom, czyli przejście do wielkiej wytwórni i nagranie przeboju „Harry’s Game”, muzyki do serialu o Robin Hoodzie, duetu z Bono „In A Lifetime” czy tematu do filmu „Ostatni Mohikanin”. Tego tu nie ma. I słusznie. Są za to utwory z pierwszych pięciu płyt studyjnych („Clannad”, „Clannad 2”, „Dulaman”, Crann Ull”, „Fuaim”) i jednej koncertowej („Clannad In Concert”), pokazujące jak bardzo muzyka Clannad, którą znamy z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, różniła się od najwcześniejszych dokonań.


Dla słuchacza, który formację kojarzy jedynie z największych hitów z lat 80/90 ten repertuar może być lekkim zaskoczeniem. Przede wszystkim, większość piosenek wykonana jest w Gaelic. Wprawdzie i na późniejszych płytach Clannad zawsze nagrywał utwory w tym języku, jednak na najwcześniejszych krążkach kompozycje takie to dziewięćdziesiąt procent repertuaru. Większość utworów to opracowania tradycyjnych irlandzkich melodii – twórczość Clannad wyrastała od zawsze z irlandzkiego folku, natomiast pierwszych pięć krążków to korzenie totalne: właściwie wszystkie w autorstwie mają napis „traditional”. Muzycy jedynie zaaranżowali mniej lub bardziej znane lokalnie tematy – jako że rodzina muzykowała od pokoleń, nie było problemu z doborem repertuaru.




Kolejną różnicą, dość istotną, jest samo brzmienie. Zanim formacja sięgnęła po syntezatory i różne techniczne cudeńka, czyniące piosenki nieco bardziej przestrzennymi i tajemniczymi, przypominała raczej jeden z zespołów typowo pubowych (mowa o pubie irlandzkim, oczywiście), jednak nie taki z przytupem a bardziej liryczny, balladowy, choć żywszych momentów nie brak. Być może osobowość Maire Ni Bhraonain (ostatnio znanej jako Moya Brennan – artystka uprościła swoje dane osobowe w celu łatwiejszej wymowy) spowodowała, że twórczość Clannad uciekała zazwyczaj od radosnych pijackich przyśpiewek na rzecz rozmarzonych wielogłosów, wspomaganych harfą i gitarami akustycznymi z delikatną perkusją, tu i ówdzie odzywającym się fletem czy inną fujarą (uilleann pipes -taka dość popularna piszczałka podobna do dud, ale nie wiem, jak się nazywa po naszemu). W każdym razie znów dla kogoś, kto pobieżnie zna dorobek zespołu, szorstkie i surowe odgłosy mogą stanowić niespodziankę. Nie musi to być jednak niespodzianka przykra – ta muzyka to balsam dla uszu i nerwów. Spokojne, ciepłe dźwięki, jednak nie przesłodzone, i chóralny rodzinny śpiew świetnie sprawdzają się jako umilacz wieczoru, choć i o innych porach dnia słucha się tego wyśmienicie. Syntezatory odzywają się w tej wczesnej twórczości tylko raz – na płycie „Fuaim” (1982) obsługiwała je młodsza siostra wokalistki, Eithne, znana później całemu światu jako Enya. Enya towarzyszyła także rodzinie na poprzednim albumie „Crann Ull”, ale tylko na „Fuaim” podpisano ją na okładce płyty jako pełnoprawną członkinię grupy.


Album „Beginnings” to w sumie trzydzieści jeden nagrań. Ponad połowa całego dorobku z pierwszych pięciu płyt nagranych dla wytwórni Tara. Nie są uporządkowane chronologicznie, a szkoda, bo można by wówczas zaobserwować powolny acz stopniowy progres brzmieniowy grupy. Od bardzo chropowatych, amatorsko wręcz brzmiących kompozycji do bardziej wyrafinowanych, z wysublimowaną aranżacją i coraz wymyślniej zaaranżowanymi harmoniami wokalnymi. Na składance nie pominięto żadnego ciekawego utworu z wczesnego okresu twórczości Clannad. Wymienię kilka moich ulubionych, żeby mniej więcej dać pojęcie, o co tu chodzi.


„Níl Sé'n Lá” (Dzień jeszcze nie nadszedł) – otwierający pierwszą płytę i fantastycznie grany do dziś na koncertach kawałek, stopniowo rozkręcający się w zespołowe szaleństwo, zaczyna się dość ostrym, suchym śpiewem wokalistki i w miarę upływu czasu pojawiają się kolejne instrumenty. Refren śpiewa cała rodzina, raz na jakiś czas pojawiają się solowe (dość dziwne) popisy instrumentalne.

„Down By The Sally Gardens”- przepiękne opracowanie wiersza Williama Butlera Yeatsa z urzekającą melodią – kto raz usłyszał, nie zapomni nigdy. Duet Maire z Ciaranem, do tego temat wygrywany przez flet, to jeden z tych utworów dzięki którym świat staje się lepszy. A przynajmniej powinien. Na składance pojawia się w wersji koncertowej – zresztą, studyjna nigdy nie znalazła się na żadnym albumie formacji.

„Dulaman” (Wodorost) – tytułowy utwór z trzeciego albumu z hipnotycznym, żwawym refrenem i długaśnym solem na flecie, podobny nieco do wspomnianego wyżej „Níl Sé'n Lá”. Jeden z moich ulubionych kawałków, w którym głównej partii nie śpiewa Maire.

„Crann Ull” (Jabłoń)- stonowana, pogodna ballada opisująca wiejskie życie rybaka, kowala, rolnika, obserwowane spod jabłonki. Sielankowy nastrój, przepiękne partie wokalne Brennanów, kolejna przebojowa melodia. Czego chcieć więcej.

„Coinleach Glas an Fhomhair” (Jesienne ściernisko) – melancholijna i dość długa ballada, początkowo śpiewana przez samą Maire z towarzyszeniem gitary akustycznej, dopiero gdzieś w drugiej połowie włączają się męskie wokale, tworzące coś na kształt chorału. Utwór ten powtórzony został przez grupę – niestety, bez owej chorałowej partii – na szóstym albumie, „Magical Ring” (1983), którym Clannad zapoczątkował współpracę z wytwórnią BMG.

„The Green Fields Of Gaothdobhair” – utwór z albumu „Fuaim”, chyba najbardziej popowy w całym zestawie, dedykowany rodzinnej miejscowości muzyków. Spokojna ballada ze śliczną partią Maire i dyskretnie wspomagającym tradycyjne instrumentarium syntezatorem.
Właściwie mógłbym tak wymieniać i wymieniać, co nie ma sensu, po pierwsze dlatego że skończą mi się przymiotniki, po drugie ponieważ mało kto wie, o czym piszę a po trzecie, gdybym miał tak po kolei o każdej z 31 kompozycji…


Płyta wydana jest dość skromnie: w książeczce, poza spisem utworów, zamieszczona jest historia owego wczesnego okresu kariery grupy oraz kilka archiwalnych zdjęć.

Miałem to szczęście, że widziałem Clannad na żywo i to w otoczeniu, które bardziej nie mogło pasować do występu Irlandczyków – w Operze Leśnej w Sopocie. Bajkowa muzyka, niesamowity nastrój, letnia noc i drzewa wokół –poczułem się niczym w innym wymiarze. Podczas koncertu, a miał on miejsce dwa lata temu, wokalistka powiedziała „I know we need to come back”, czym wywołała ogromny aplauz. Grupa jednak do dziś milczy, co jakiś czas koncertując i wypuszczając coraz bardziej irytujące składanki z okresu 1983-97. Wspaniałe to nagrania, ale zamiast przepakowywać je siedemdziesiąt pięć razy, może by tak nowy album? Tymczasem polecam „Beginnings” wszystkim, którzy potrzebują chwili czegoś innego w ucieczce przed codziennym hukiem i gonitwą. Można włączyć płytę i uciec do lasu, nie wychodząc z domu. Polecam.



4 komentarze:

  1. Posłucham sobie z przyjemnością, bo lubię takie muzyczne odprężenia od czasu do czasu. Natomiast na gorąco - liternictwo mocno przypomina mi Ajronów ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Liternictwo z linków to fantazja grafików BMG, którzy nie wiedzieli, co mają zrobić, żeby po raz kolejny sprzedać ten sam produkt i przepakować go w nową obwolutę.

    A zespół nie ma stałego logo, choć ostatnio reedycje ukazały się z takim, jak na zdjęciu okładki płyty na samej górze mojego posta.

    OdpowiedzUsuń
  3. To logo na okładce płyty na początku posta, to chyba jest także na pierwszych płytach. Jacek Leśniewski opisał ich najwcześniejsze albumy w swojej książce. Planuję oczywiście sięgnąć po kilka najstarszych płyt. Folk jest teraz w świecie bardzo na czasie, a ja lubię podążać za modami ;-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Niezupełnie. Na debiucie logo jest takie
    http://www.gregsgrooves.com/images/clannad1.jpg

    A na kolejnych za każdym razem inne.

    Tak, ja także jestem niesłychanie modnym człowiekiem.

    OdpowiedzUsuń