piątek, 25 lutego 2011

CLOSTERKELLER Rock Cafe-Muzeum Polskiego Rocka (Gdańsk) 20 lutego 2011




Na początek – celem wystraszenia niezainteresowanych…



Jakoś tak się złożyło, że na koncert warszawskiego zespołu wybrałem się do Gdańska. Nie żebym specjalnie jechał na Closterkeller, ale skoro już tam byli i ja też…

Nie byłem nigdy zwolennikiem Closterkellera za czasów jego największej popularności, czyli w latach 90-tych XXw., i do dziś nie słucham starych płyt w całości – jakoś śmieszył mnie sposób frazowania Anji Orthodox, to „upajanie się” własnym głosem, które brzmiało dla mnie bardziej groteskowo niż demonicznie. Ale zmieniłem się ja, zmienił się i Closterkeller. Spodobały mi się nowsze produkcje grupy: „Nero” i „Aurum” - szczególnie ten ostatni krążek. Tak zwany polski rock gotycki nie interesuje mnie ze względu na mniej lub bardziej wprawiające w zakłopotanie teksty (tu polecam twórczość niezłej w sumie muzycznie grupy Artrosis, której liryki powodują, że nie jestem w stanie przebrnąć przez jej dokonania), z tym że Closterkeller jakoś się wybrania, bo na szczęście stara się nie śpiewać o strasznych pierdołach i część piosenek szczególnie na ostatnich albumach jest „o czymś” albo w miarę neutralna. Do tej pory grupę widziałem na żywo dwukrotnie w stolicy: podczas promocji płyt „Nero” i EP „Regina”. Czas więc nadszedł na odsłonę pt. „Próbujemy sprawić, żeby ktoś kupił naszą najnowszą płytę, Aurum” (poszło dziesięć tysięcy, jak na kraj, w którym rekordy sprzedaży biją składanki z shitami radiowymi dla osób po amputacji mózgu, to i tak nieźle).

Lokal, w którym zespołowi przyszło grać, to mała klitka, bardziej pub niż sala koncertowa: niziutki, na jakieś sto osób, zapchany do granic możliwości. Tradycyjnie, przyszło mi stanąć w bezpośrednim sąsiedztwie kretyna, który wlał w siebie podczas dwugodzinnego koncertu kilka piw i pod koniec ledwo się trzymał, ale tu na szczęście piwo serwowano w szkle a nie w plastiku, więc nie rzucano szklanek na ziemię. Cały czas jednak fascynuje mnie, jak to jest: pójść na płatny koncert, kupić bilet a następnie tak się nawalić, że następnego dnia zapewne nie kojarzy się, czy występował Closterkeller, czy Chór Dana.

Po rozmiarach „sceny” (jakieś parę metrów kwadratowych podłogi) i samego klubu przede wszystkim można było poznać …klasę zespołu. Tak właśnie. Muzycy znajdowali się na tej samej wysokości, co publiczność, bo sceny jako takiej nie ma, jedynie barierki odznaczały rewir, zarezerwowany dla występujących. Anja Orthodox, znacznie szczuplejsza niż ostatnio i świetnie wyglądająca, stała w zasadzie twarzą w twarz ze słuchaczami, metr od nich. Żadnego oddechu. I jak sobie poradzili? Ano fantastycznie. Żadnych fałszy, doskonały głos wokalistki , profesjonalne podejście muzyków, którzy grali z głową a nie odwalali chałturę. I już połowa sukcesu. Poza tym Closterkeller zaprowadził spore zmiany w setliście, nie tylko z powodu ukazania się nowej płyty. Zniknęło kilka starszych numerów, ale zastąpiły je inne starsze kawałki, nie grane na żywo przez dłuższy czas albo i wcale. Można psioczyć, że nie było kilku numerów, ale skoro zastąpiły je równie udane…

Występ, bez specjalnego supportu i intro, rozpoczął się od „Kiedy latam” z płyty „Nero” (nie jest to może rewelacyjny rozgrzewacz, ale grupa może na tej piosence ustawić sobie wygodnie dźwięk). Z „Nero” był jeszcze „Miraż” oraz utwór tytułowy. Ze starszych nagrań formacja zaprezentowała m.in. „Agnieszkę” (z EPki wydanej między LP „Blue” i „Violet”), podczas której wokalistka „ukąsiła” swojego obecnego partnera i gitarzystę, „W moim kraju” (z „Violet”), „Tak się boję bólu” oraz tytułowy ze „Scarlet”, „Władzę” (z „Cyan”), „Ate”, „Na krawędzi” i „Fortepian” z albumu „Graphite”, no i cztery pieśni z wydanego niedawno „Aurum”: „Nocarz”, „Ogród półcieni”, który trafił na listę Trójki jako pierwszy kawałek Clostera od lat, „Dwie połowy” oraz przejmującą „Matkę” ze wstrząsającym tekstem o kobiecie, która utraciła syna na wojnie (tak, tak, Closterkeller nie śpiewa o piciu krwi zabitych o północy kotów, gdyby ktoś się nie orientował). Była też nowa piosenka „Król jest nagi” z całkiem niezłym, zabawnym tekstem, który można odnieść do wielu okoliczności naszego życia codziennego, zapowiadająca kolejny album zespołu (ciekawe co się stanie, gdy skończą się nazwy kolorów). Teraz może czas na „Matkę”, zdecydowanie jedną z najlepszych, o ile nie najlepszą piosenkę z ostatniego albumu. Nie ma do niej teledysku, ale nie jest potrzebny.



Anji, która niewątpliwie jest Closterkellerem, towarzyszył skład staro-nowy: z jednej strony Krzysztof Najman na basie i Michał Rollinger na klawiszach, z drugiej Mariusz Kumala na gitarze i Janusz Jastrzębowski na bębnach (obaj od 5 lat w grupie). I nic więcej, żadnych chórków, dogrywek, bajerów itp. Brzmienie, jak na tak mały klub, było zadziwiająco dobre, publiczność bawiła się doskonale, choć trudno było skakać ze względu na tłok oraz debili, którzy nie potrafią słuchać koncertu bez piwa w łapie (nie przeczę, sam się napiłem, ale PRZED koncertem). Anja prowadziła świetną konferansjerkę, opatrzoną różnymi spostrzeżeniami, żartowała z publicznością i przede wszystkim udowodniła, że w swoim gatunku mało która wokalistka krajowa może się z nią mierzyć. Z drugiej strony trochę dziwnie było oglądać zespół, który kiedyś obecny był w radiu i telewizji, grał dla tysięcy ludzi na różnych imprezach, realizujący się w małym klubiku dla może setki osób… ale, jak wspomniałem, Closterkeller zachował się bardzo profesjonalnie i dał fantastyczny koncert. Być może taka już jego niszowa dola – a swoją drogą zabawne jest, że różni, całkiem nieźli wykonawcy grają po klubikach a w stacjach telewizyjnych jest jakaś sraczka programów, w których różne „gwiazdy” lansują się pod pozorem łowienia talentów, z którymi i tak nikt potem nie będzie wiedział, co zrobić. Ale to już insza inszość.


Na koniec – cóż, teledyski nie były nigdy mocną stroną Closterkellera, ale niech tam…



4 komentarze:

  1. Szacunek dla nich, bo to musi boleć tak zjechać, kiedy w dużych salach grają 'gwiazdki'. Przyznam jednak, że ani te 20 lat temu ani dziś niczym mnie osobiście nie porywają. Muzyka jest OK, ale maniera śpiewacza oraz przeciętny niestety głos Ortodoksównej odstręcza mnie skutecznie od bliższego zapoznania się z ich twórczością. No i teksty - no jak dla mnie, to jednak ślizgają się na granicy grafomanii. Ale ja tam marudny jestem, co powszechnie wiadomo ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. To że Closterkeller, którego dorobek zamyka się dla mnie w oparciu o znajomość dwóch-trzech piosenek, gra w tak małych miejscach wcale nie musi oznaczać, że się staczają. Może wcale nie mają zapotrzebowania na większe sale. To jest profesjonalizm i pasja do grania dla ludzi, którzy rzeczywiście chcą ich posłuchać.
    Może się mylę, ale Closterkeller zawsze jawił mi się jako grupa 'na uboczu'. Po za tym Anja Ortodox to osoba, której chyba nie przeszkadza brak większego rozgłosu. Ja ją kiedyś widziałem pracującą w Empiku. Wtedy myślałem, że to ktoś bardzo do niej podobny, a potem się okazało (za sprawą jakiegoś wywiadu z nią) że to jednak ona była.
    Wśród dzisiejszych pseudo gwiazdek rzecz nie do pomyślenia.

    OdpowiedzUsuń
  3. To prawda, Orthodox chyba nie ma takiego parcia, bo zawsze była dość naturalna i skromna, mimo drapieżnego image. Zresztą, w Gdańsku przed koncertem też siedziała z ludźmi przy stoiku i gadała, jeszcze bez scenicznego make-upu i stroju, dopiero potem na kwadrans zniknęła i wróciła już na występ. Zero zadęcia i wielki szacunek za to również.

    Inna sprawa, że jak się gra najpierw dla tysięcy ludzi a potem dla setki... no ale różnie to może być.

    OdpowiedzUsuń
  4. Być może jest jakaś gorycz, ale sądzę też, że wielu wykonawców nie identyfikuje się z dzisiejszą sceną muzyczną, dlatego odsuwają się na ubocze.

    OdpowiedzUsuń