niedziela, 28 listopada 2010

Dżem - Muza (Pomaton, 2010)


Ponieważ nie znam się zarówno na architekturze, na sztuce współczesnej, jak i na muzyce, dziś pozwolę sobie rzucić parę luźnych refleksji na temat najnowszego krążka zespołu Dżem „Muza”.

Upośledzonym pryszczatym nastolatkom, którym słowo „muza” kojarzy się jedynie ze slangowym określeniem na muzykę („fajna muza, niezły wykon”) spieszę z wyjaśnieniem, iż chodzi tu o muzę pochodzenia antycznego, taką z lirą, która leci (muza, nie lira) i przynosi natchnienie twórcy, ale to koniec wzniosłości. Zresztą, z natchnieniem akurat na tej płycie różnie bywa. Ale do rzeczy.

Płyta Dżemu jest drugim albumem studyjnym z Maciejem Balcarem na wokalu i jednocześnie drugą płytą tej grupy, którą byłem w stanie wytrzymać w całości. Nie byłem nigdy fanem ani głosu ś.p. Ryszarda Riedla, ani Jacka Dewódzkiego (choć parę utworów z albumu „Kilka zdartych płyt” podobało mi się), co nie znaczy że nie miałem szacunku dla dotychczasowego repertuaru – ale nie kupowałem płyt, ni e chodziłem na koncerty itp. „Muza” to jednocześnie pierwsza płyta w nowym składzie, z Januszem Borzuckim (eks-Gang Olsena) za parapetem, w zastępstwie Pawła Bergera, który zginął pięć lat temu w wypadku busa zespołu. Nowy muzyk doskonale wpasował się w klimat, dając o sobie znać w paru miejscach w intrygujący sposób.

Od albumu „2004” niewiele się zmieniło: kilka bluesujących kawałków, parę ballad, na szczęście tylko jeden reggae, jeden ostrzejszy pod koniec. Ponieważ zwykle zwracam większą uwagę na warstwę muzyczną a nie tekstową, pozwolę sobie nie komentować rewelacji typu „Choć może głupio to brzmi/bądź przyjacielem swym/a zaczniesz na nowo żyć” („Do przodu”) . Z tekstów przykuwających uwagę wymienić mogę poruszającą opowieść o żołnierzu („Partyzant”) czy „Leci muza”. W ogóle z tekstami Dżemu mam taki problem, że gdy grupa tworzyła pieśni o alkoholu, o swobodnym stylu życia itp. to w ustach mocno sfatygowanego Riedla brzmiały one naturalnie i wiarygodnie, natomiast gdy o obalaniu flaszki czy o menelu śpiewa – jakby nie było – zadbany Balcar, wówczas już to nie działa. Nie sugeruję tu, Boże broń, by Maciej Balcar popadł w nałogi i zarzucił estetykę wyglądu, niemniej efekt czasami jest prawie tak kuriozalny, jak płyta „Dżem w operze”.

Maciej Balcar ma bardzo przyjemny, męski głos i gdy tylko śpiewa naturalnie, brzmi wspaniale. Są jednak momenty, gdy chyba za bardzo pragnie zostać drugim Riedlem i pojękuje przez zaciśnięte zęby (widać to na dołączonym do albumu filmie, o którym za moment). Wówczas zęby bolą także słuchacza.

W materii dźwiękowej ciekawe są przede wszystkim dwie rzeczy: po pierwsze primo, grupa postanowiła nagrać materiał „na setkę” i dopiero potem ewentualnie go doszlifować. Jest to zdecydowaną zaletą płyty, bo brzmi ona „koncertowo” – ale jednocześnie bardzo profesjonalnie i mięsiście - i zapewne każdy z niej utwór da się bezproblemowo przekształcić w punkt programu podczas trasy. Drugim spostrzeżeniem jest niepokojąca długość utworów – przypomina się natychmiast dowcip: „Tato, po co malarzowi ramy?” -„Żeby wiedział, gdzie skończyć malować”. Panowie w pewnym momencie zagalopowali się z solówkami a umówmy się, że Dżem to nie rock progresywny, w którym z założenia ma się coś dziać. Zdecydowanie po pierwszym przesłuchaniu został mi w głowie ostry, niemal hardrockowy „Strach” ze wspaniałą solówką na organach, zahaczającą zdecydowanie o purpurowe klimaty, i nie mniej efektownymi popisami gitarzystów. Po przesłuchaniach kolejnych – bo ze względu na wspomnianą długość kompozycji potrzebnych jest co najmniej kilka – wymienię fajne riffowe bujanie w „Ani dużo, ani mało”, piękną balladę „To wszystko co mam” (z harmonijką Balcara, pojawiającą się efektownie tu i ówdzie), ładnie rozbudowane „Leci muza” (dziewięć minut, ale jakoś nie nuży). Reszta jest, ogólnie rzecz ujmując, „dżemowa” – zresztą, kto za dotychczasową twórczość zespół lubił, bez problemu zaakceptuje i ten krążek. O ile tylko przebrnie przez – delikatnie mówiąc – bardzo mało efektowny utwór otwierający, „Koniecznie” (no właśnie niekoniecznie), znany już z koncertowych wykonań pod roboczym tytułem „Żyj, mały, żyj”.

Czy „Muza” jest lepsza od „2004”? Chyba ani lepsza, ani gorsza. Najchętniej powybierałbym po parę utworów z każdej z tych płyt i skompilował jeden równy krążek na wysokim poziomie, ale zdaję sobie sprawę, że u każdego słuchacza taki zestaw wyglądałby zupełnie inaczej. Dobrze, że wreszcie została nagrana i na pewno nie słucha się jej ze wstrętem. Docenić należy także, iż zespół przygotował nowy materiał a nie – jak większość wykonawców w okresie przedświątecznym – rzucił zestaw kowerów. Album jako całość i na wyrywki – mimo minusów – jest pozytywny w odbiorze, choć zdecydowanie bardziej służy mu, gdy słucha się pojedynczych kawałków a nie w całości od A do Z.

Album, wydany w efektownym digipacku z książeczką i tekstami do wszystkich utworów, zaopatrzony jest dodatkowo w krążek DVD. Nie, nie dlatego, że to prezent dla fanów, ale dlatego, że wedle polskich przepisów sprzedaż płyt liczy się od ilości dysków. Więc jeśli ktoś sprzeda płytę dwudyskową, liczy mu się podwójnie (stąd pierwsze miejsce na liście sprzedaży OLIS – poprzednia płyta grupy tylko na chwilę pojawiła się w zestawieniu). Czasem takie „dodatki” są ciekawe dla fanów, ale na DVD mamy marudzący trochę reportaż, ilustrujący rejestrację płyty w Katowicach – w przerwach między fragmentami utworów muzycy przez ok. 40 minut na różne sposoby tłumaczą, dlaczego przez 6 lat nie powstał nowy album.

Dla wszystkich zainteresowanych – „Partyzant”.


2 komentarze:

  1. Chciałabym się tak nie znać na muzyce i innych rzeczach...

    OdpowiedzUsuń
  2. @Kasia - ale ja się naprawdę nie znam. Ja tylko dużo słucham.

    OdpowiedzUsuń